Moja matka porzuciła mnie na osiemnaście długich lat. Po odebraniu mnie z sierocińca, w którym dorastałam, bardzo jej się spieszyło, by wydać mnie za mąż. Pytacie dlaczego? Victoria nie była tylko moją matką. Była Królową Stada Luny – panującego stada wilkołaków.
Szybko dotarło do mnie, że jedynym powodem, dla którego mnie sprowadzono, było zastąpienie kogoś w politycznym małżeństwie. Moja adoptowana siostra miała być następną Królową, ale była na ustach wszystkich z powodu swojego swobodnego prowadzenia się. O dziwo, stanowiło to jeszcze większą hańbę niż moje własne problemy.
Byłam pozbawiona wilka. Osiągnęłam dojrzały wiek osiemnastu lat, a wciąż nie obudziłam w sobie wilczycy. Dla Victorii było to dodatkowe upokorzenie. Domyśliłam się, że to właśnie dlatego porzuciła mnie te wszystkie lata temu. Potem zyskała nową córkę, idealną Wilczycę. Była ona materiałem na przyszłą królową znacznie bardziej, niż ja kiedykolwiek bym była.
Wpatrywałam się w leżącą przede mną listę. Nazwiska wydawały się znajome. Wolfham. Lunerly. Moonraiser. Zdjęcia obok nazwisk przedstawiały jednych z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich w życiu widziałam. Każdy z nich miał uderzająco ostre rysy i błyszczące, złote oczy.
Alfowie.
Kobieta stojąca przede mną, moja matka, westchnęła.
– Zoro – w jej głosie słychać było wyczerpanie. – To wszystko wspaniali mężczyźni. Każdy jest dziedzicem swojego rodu. Znakomici alfowie. Mogliby cię wiele nauczyć.
Wypuściłam z siebie powietrze.
– Nie, matko, nie potrzebuję tego – odsunęłam od siebie listę. – Chcę po prostu być sama. Nie chcę wychodzić za mąż.
– Chcesz znów być bezdomna? Jesteś teraz księżniczką tego narodu i nie masz pojęcia, co to oznacza. – W głosie Victorii pojawił się ślad gniewu. – Gdyby nie twoja siostra...
Przerwała w pół zdania. Uniosłam brew.
– Moja siostra? – zapytałam z kamienną twarzą. – Gdyby nie była kim? Dziwką?
Jej dłoń wystrzeliła w górę, a ja instynktownie uniosłam ramię, żeby się osłonić. To był nawyk, którego nabrałam w sierocińcu. Victoria zamarła. Nie uderzyła mnie. Zamiast tego jej głos stał się zimny.
– Uważaj na ton – powiedziała. – Amara wciąż jest twoją siostrą. A ja jestem twoją matką.
– A jednak porzuciłaś mnie na osiemnaście lat – warknęłam. – Wyraźnie widać, że to nie na mnie ci zależy. Tylko na Amarze. Więc dlaczego nie pozwolisz jej wziąć tego pieprzonego ślubu?
Gwałtownie wstałam z krzesła i ruszyłam ciężkim krokiem w stronę drzwi. Szarpnięciem je otworzyłam i zostawiłam Victorię w jej gabinecie. Miałam wrażenie, że przez ostatnie sześć miesięcy, od kiedy mieszkałam z Victorią i Amarą, odbyłyśmy tę samą rozmowę ze sto razy. Z Królową Victorią.
Ale nie dorastałam z tą wiedzą. Dorastałam, tułając się od sierocińca, przez rodziny zastępcze, z powrotem do sierocińca, myśląc, że jestem tylko ludzką dziewczyną, której nikt nie kocha. To drugie było prawdą, ale co do pierwszego – byłam dziedziczką tronu Luny. Dowiedziałam się o tym dopiero w dniu moich osiemnastych urodzin.
Stałam na ulicy z moimi rzeczami spakowanymi do torby, nie mając dokąd pójść po tym, jak powiedziano mi, że jestem zbyt stara, by zostać w sierocińcu. Kiedy łzy zaczęły spływać po mojej twarzy, pojawiła się ona.
Coś mi mówiło, że ta kobieta o płomiennorudych włosach i miodowozłotych oczach musi być ze mną spokrewniona. Jej nos miał ten sam kształt, który widywałam w lustrze. Kiedy się do mnie uśmiechnęła, na jej twarzy odbił się ten sam dołeczek, którego zdążyłam już znienawidzić.
Natychmiast upuściłam torbę. Wtedy powiedziała mi, że nazywa się Królowa Victoria Luna. I że jest moją matką.
W mojej głowie kłębił się milion pytań, ale jedynym, które wyrwało mi się z gardła, było: „Dlaczego?”.
To pytanie, na które Victoria nigdy nie odpowiedziała. To dało mi wszystkie informacje, jakich potrzebowałam. Moja matka nigdy mnie nie kochała. Nigdy mnie nie chciała. Zostałam odrzucona jak stare ubranie. Jedynym powodem, dla którego po mnie wróciła, było uwiarygodnienie jej rodowodu i zabezpieczenie miejsca na tronie Luny.
Byłam politycznym pionkiem.
Tym, a do tego politycznym pionkiem bez wilka.
Brak miłości ze strony Victorii został dodatkowo udowodniony, gdy zadawała mi pytania o moje dzieciństwo. Drażliwość podczas pełni księżyca? Nie. Tęsknota za bieganiem? Nie. Swędzące, drapiące uczucie w kościach? O czym ona, do cholery, mówiła?
Potem powiedziała mi, że powinnam być wilkołakiem. Istotą, która potrafi w mgnieniu oka zmienić się w wilka. Z super siłą, świetnym słuchem i wszystkimi tymi odjazdowymi, okultystycznymi zdolnościami, o których czytałam w książkach. Ale ja nie miałam żadnej z tych rzeczy. Byłam wyjątkowo zwyczajna.
Victoria tego we mnie nienawidziła – a raczej gardziła moją przeciętnością. Posunęła się nawet do tego, że pozwoliła własnej krwi błąkać się po świecie przez osiemnaście lat, podczas gdy rozpieszczała obce dziecko, robiąc z niego niegrzecznego, roszczeniowego bachora. Ta myśl płonęła w mojej głowie, gdy mknęłam korytarzem, z dala od gabinetu Victorii.
Wtedy usłyszałam, jak znów woła mnie po imieniu.
– Zoro, zawrzyjmy układ – powiedziała moja matka. – Jesteś dziedziczką tronu Luny. Potrzebujesz partnera. Ja po prostu próbuję ci pomóc.
– Pomóc mi? – parsknęłam. – Gdybyś naprawdę chciała mi pomóc, nie porzuciłabyś mnie. Nie chcesz mi pomóc. Ty mnie nawet nie chcesz.
– Oczywiście, że cię chcę – odpowiedziała Victoria, a jej ramiona opadły, gdy po raz pierwszy sprawiała wrażenie pokonanej. – Miałam swoje powody, by zostawić cię u ludzi. Ja...
– Więc mi powiedz! – odgryzłam się.
– Próbowałam cię chronić – powiedziała. – Zrozumiesz...
Otworzyła usta, by mówić dalej, ale znów jej przerwałam.
– Czy dlatego wciąż mnie jeszcze nikomu nie przedstawiłaś? Ukrywałaś mnie w tym kącie zamku przez ostatnie sześć miesięcy? Amara wychodzi, kiedy tylko ma na to ochotę. I kpi ze mnie, że jestem pozbawioną wilka porażką, która nigdy nie wyjdzie z jej cienia.
Nie miałam okazji zwiedzić miejsca, z którego rzekomo pochodzę. Żeby mnie „chronić”? Gdybyś chciała zapewnić mi bezpieczeństwo, zostawiłabyś mnie w spokoju!
– Zoro, proszę – Victoria zaczęła podnosić głos, niemal warcząc. – Z czasem wszystkiego się dowiesz. Po prostu wiedz, że jestem twoją matką!
– Jesteś dla mnie nikim – powiedziałam spokojnie. – Jesteś tylko jakąś przypadkową kobietą, która wpadła do mojego życia sześć miesięcy temu i chce mnie wykorzystać, by zastąpić moją siostrę dla własnych korzyści.
Victoria zmierzyła mnie gniewnym wzrokiem. Następnie wyprostowała ramiona i spojrzała na mnie z góry.
– Wyjeżdżasz jutro – powiedziała surowo. – Będziesz uczęszczać do Akademii Alfów. Jeśli ją ukończysz, powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć. I będziesz mogła odejść.
– Będę mogła odejść? – uniosłam podbródek, by napotkać jej wzrok. – Czyli bez małżeństwa.
Victoria wydała z siebie zimny śmiech.
– Jeśli zdołasz sama ukończyć szkołę, to w porządku. Świat wilkołaków jest znacznie brutalniejszy niż świat ludzi.
– Zgoda – powiedziałam. – Ukończę tę twoją głupią Akademię Alfów i oczekuję, że natychmiast dostanę odpowiedzi. W przeciwnym razie znikam.
Z tymi słowami odwróciłam się na pięcie, zostawiając ją wpatrującą się gniewnie w moje plecy.
Zapisanie mnie do tej całej „Akademii Alfów”, czymkolwiek do cholery była, zajęło zaledwie tydzień. Spakowałam to niewiele, co posiadałam, z powrotem do toreb i wyruszyłam samochodem z dala od zamku. Po raz pierwszy widziałam swój kraj; wszystko zlewało się w zieloną plamę, gdy odwożono mnie do mojego kolejnego więzienia.
Kiedy samochód zatrzymał się przed budynkiem rekrutacyjnym, opadła mi szczęka. Akademia Alfów wyglądała jak każda inna ludzka uczelnia. Miała starą architekturę, ale wszystko przypominało uniwersytet, obok którego dorastałam. Przechadzający się wokół ludzie wyglądali tak samo jak ja. Żadnych wymyślnych ubrań, żadnych koron. Jakbym nagle znów była człowiekiem.
Odetchnęłam z ulgą. To było proste. Poradzę sobie. Świetnie radziłam sobie w liceum. Ukończyłam je z najwyższymi ocenami. Czy miałam przyjaciół? Nie. Ale szczerze mówiąc, nie potrzebowałam ich. Musiałam po prostu przebić się przez tę szkołę i wyjść z niej z wystarczającą wiedzą, by zrzucić Victorię z jej piedestału.
Wysiadłam z samochodu, a kierowca pomógł mi z torbami. Nikt nie obdarzył mnie nawet drugim spojrzeniem. O ile im było wiadomo, byłam tylko kolejną bogatą dziewczyną, która przyjechała się uczyć. Nie byłam zhańbioną dziedziczką tronu. Nagle poczułam, jakby wielki ciężar spadł mi z piersi. Poradzę sobie. Przetrwam to.
Chwyciłam swoje torby i ruszyłam w stronę biura rekrutacji. Gdy tylko dotarłam do schodów, w moim polu widzenia peryferyjnego pojawiła się masa czarnego futra. Zostałam powalona na ziemię w tumanie moich rozsypanych rzeczy.
Ciężar, który przed chwilą spadł z mojej piersi, uderzył we mnie z powrotem niczym tona cegieł. A potem zaczęłam krzyczeć, gdy przez każdą kość w moim ciele przepłynął impuls elektryczny, pulsujący jak krew.
Wciąż drżałam z bólu, gdy kątem oka dostrzegłam ruch. Chwilę później zostałam podciągnięta na nogi. Ktokolwiek mnie dotykał, sprawiał, że elektryczność powracała, choć ze znacznie mniejszą intensywnością. To jednak wciąż wystarczyło, bym wydała z siebie zduszony okrzyk i wbiła paznokcie w tę osobę, żeby utrzymać równowagę.
Cichy śmiech ostudził całe gorąco promieniujące na mojej skórze. Obróciłam się gwałtownie w ramionach tej osoby i spojrzałam w twarz boga.
Mężczyzna, który mnie trzymał, był wysoki i miał błyszczące, złote oczy. Nie powinno mnie to dziwić, biorąc pod uwagę, że stałam u stóp budynku rekrutacyjnego Akademii Alfów. Jednak na żywo wyglądali oni zupełnie inaczej. Naprawdę lśniły jak księżyc w pełni.
Miał szerokie, opalone ramiona, pod którymi falowały mięśnie. Do tego stopnia, że naciągały jego skórę. Na górnej wardze miał bliznę, która wyginała się ku górze w stronę kości policzkowej. Poniżej znajdował się pojedynczy dołeczek, uwydatniony przez złośliwy uśmieszek błąkający się na jego twarzy. Jego włosy były krótko obcięte i głęboko czarne.
Był absolutnie zniewalający.
– Witaj, skarbie – powiedział. Miał ten sam akcent co wszyscy w zamku Victorii. Akcent arystokracji. – Wybacz mi – kontynuował. – Zdaje się, że stanęłaś mi na drodze podczas mojego porannego biegu.
Parsknęłam.
– Zwykle biegasz ze swoim psem? – Pchnęłam go lekko w klatkę piersiową, sprawiając, że jego ramiona mnie puściły. – Wpadł na mnie z pełną prędkością!
Mężczyzna znów się zaśmiał.
– To byłem ja, skarbie.
Nagle poczułam, że nie pasuję do tego miejsca. Byłam w akademii wilkołaków. Tu nie było psów. To ci ludzie byli psami.
Tyle z utrzymania niskiego profilu, pomyślałam. Zaśmiałam się niezręcznie i potarłam kark.
– Przepraszam – powiedziała, przełykając z trudem ślinę. – To było takie małe... Myślałam, że to pies!
Oczy mężczyzny pociemniały. Jego uśmieszek się pogłębił.
– Uwierz mi, kochanie – powiedział na tyle głęboko, że w moich kościach zadudniło. – Nic we mnie nie jest małe.
Moja szczęka otworzyła się i zamknęła kilka razy, gdy próbowałam przetrawić tę rażącą insynuację. Zanim zdążyłam się odezwać, mężczyzna znów przemówił.
– Musisz tu być nowa – stwierdził. Cały ten drażniący, prowokacyjny ton zniknął. Zrobił się zimny i oschły. – Czy w twoim stadzie nie było Alfy?
Stadzie? Natychmiast poczułam zdezorientowanie. Zamiast odpowiedzieć, po prostu pokręciłam w milczeniu głową.
Mężczyzna skinął głową.
– To ma sens – powiedział. – Wiedz tylko, że Alfowie są około dwa, trzy razy więksi od zwykłego wilka. Każdy tutaj mógłby cię staranować bez chwili wahania.
– Dzięki za radę – mruknęłam, znów pocierając kark. Twarz mężczyzny była ściągnięta w surową maskę. Mogłabym przysiąc, że drgnęła mu warga.
– Wiesz – odezwał się głosem niewiele głośniejszym od szeptu. – Nie wiedziałem, że wpuszczają do tej szkoły ludzi.
Zamarłam. Przejrzał mnie.
– Nie jestem człowiekiem – warknęłam defensywnie.
Mężczyzna mruknął pod nosem.
– Twój zapach mówi co innego. – Odwrócił się i zaczął odchodzić. – Schodź mi z drogi, człowieku. – Wywarknął ostatnie słowo, jakby było to wyzwisko.
Byłam w szoku. Jak ten mężczyzna mógł się tak szybko na mnie odwrócić? Natychmiast wezbrał we mnie gniew. Wyprostowałam się. Nie zamierzałam pozwolić, by pierwszego dnia wycierano mną podłogę.
– Przeprosiny by nie zaszkodziły – powiedziała stanowczo.
Mężczyzna się zatrzymał. Odwrócił się i przygwoździł mnie gniewem w swoich złotych oczach.
– Słabi... – kolejne warknięcie. – ...nie pasują do Akademii Alfów.
Zostawił mnie z opadniętą szczęką, wpatrującą się w jego plecy. Chwilę później mężczyzna zmienił się w tego samego czarnego wilka, który mnie przejechał, i popędził przed siebie.
Z jakiegoś powodu jego słowa mną wstrząsnęły. To wszystko tak bardzo mnie przerastało. Byłam w szkole z bandą nadprzyrodzonych bestii. Każda z nich była silniejsza, niż ja kiedykolwiek mogłabym być. Znów byłam sama. Prychnęłam i odciągnęłam ramiona do tyłu. Nie żeby bycie samą kiedykolwiek mnie powstrzymało. Chwyciłam swoje torby i pomaszerowałam do Hali Rekrutacyjnej.
Dyrektorka wydała mi plan zajęć, podręczniki i klucz do mojego pokoju w akademiku. Nie sądzę, by wiedziała, że jestem córką Victorii, ale z pewnością miała pytania. Kilkukrotnie zlustrowała wzrokiem moje płomiennorude włosy, a jej spojrzenie zdawało się zatrzymywać na moich oczach – wciąż orzechowych, a nie z domieszką złota Alfy.
Wyszłam z budynku i przeszłam przez kampus do mojego akademika. Przez cały czas zachowywałam najwyższą czujność na wypadek jakichkolwiek włochatych mas pędzących przez trawniki. Na szczęście, dopóki nie dotarłam do swojego pokoju, nie miałam już podobnych przygód.
Wsunęłam ozdobny, złoty klucz do zamka i przekręciłam klamkę. Stare drewno skrzypnęło, gdy drzwi się otworzyły. Wnętrze pokoju było wypełnione drewnem w tym samym kolorze. Z jednej strony stały puste meble. Druga wyglądała, jakby wyrzygano na nią mnóstwo różu.
Każdy jej skrawek pokryty był falbaniastym, dziewczęcym różem. Od narzuty na łóżko, przez dywanik, aż po poduszkę na krześle przy biurku. Było to nieco niepokojące.
Wciągnęłam torby do pokoju i pozwoliłam, by drzwi zatrzasnęły się za mną. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w pustkę po swojej stronie, zanim z moich ust wyrwało się westchnienie.
– Równie dobrze mogę się rozgościć – mruknęłam pod nosem.
Otworzyłam walizki i zaczęłam się rozpakowywać. Jedna z nich była pełna rzeczy, które zabrałam ze swojego starego życia. Kilka starych koszulek, które uwielbiałam, trochę znoszonych dżinsów i koc, z którym dorastałam. Koc był pikowaną narzutą, którą uszyła mi moja pierwsza przybrana matka. Składał się z siedemdziesięciu różnych kawałków materiału i choć lekko strzępił się na brzegach, to kojarzył mi się z domem. Położyłam prześcieradło na łóżku, a potem zarzuciłam na nie koc.
Druga walizka była wypchana rzeczami z mojego nowego życia. Było w niej kilka elementów królewskiego stroju, które Victoria dała mi w ciągu minionych sześciu miesięcy. Na samym wierzchu leżał liścik, który – jak od razu poznałam – został skreślony ręką Victorii. Ostrożnie go otworzyłam.
Zoro,
Powodzenia w Akademii Alfów. Wiem, że nie miałyśmy dla siebie zbyt wiele czasu, ale chcę zaznaczyć, jak bardzo jestem z ciebie dumna. Wyrosłaś na piękną, niezależną kobietę. To wszystko, czego mogłabym dla ciebie pragnąć.
Z miłością,
Królowa Victoria
Prychnęłam i wrzuciłam list w głąb szuflady w moim biurku.
– Z miłością – przedrzeźniałam, łapiąc za resztę królewskiego stroju i rzucając go na stos z tyłu szafy po mojej stronie pokoju.
– Z miłością, jasne, akurat – syknęłam w przestrzeń.
Rozpakowanie zajęło mi około godziny, a potem znów zostałam sama. Zajęcia zaczynały się dopiero następnego ranka. Rzuciłam się na łóżko, całkowicie wyczerpana podróżą i minionym dniem.
Powoli pozwoliłam mojemu ciału pogrążyć się we śnie.
Następnego ranka mojej współlokatorki nadal nie było. Westchnęłam ze znużeniem. Tyle jeśli chodzi o jakąkolwiek pomoc w dotarciu na zajęcia. Ubrałam się i opuściłam azyl mojego pozbawionego współlokatorki pokoju, wychodząc na wielki, otwarty kampus.
Szłam przez teren uczelni na moje pierwsze zajęcia, Podstawy Wilczej Natury. Miałam nadzieję, że odpowiedzą one na niektóre z moich pytań. Przełknęłam ślinę z niepokojem, gdy dotarliśmy do drzwi czegoś, co wyglądało jak gigantyczna sala gimnastyczna.
Grupa wilkołaków w pobliżu wytrzepywała z siebie resztki wilczej formy. Wszyscy byli oszałamiająco piękni, z błyszczącą opaloną skórą, lśniącymi włosami i błyszczącymi, złotymi oczami. Przez to czułam się jak mrówka wśród gigantów. Zmarszczyłam brwi, widząc, jak wchodzą do sali gimnastycznej, a nie do sali lekcyjnej.
Myślałam, że to Podstawy? – pomyślałam.
Taaa, podstawy bycia wilkołakiem, Zoro – zganił mnie mój wewnętrzny głos. Tam, gdzie uczą cię walczyć, biegać i robić te wszystkie dobre rzeczy, których wymagają od wilkołaków.
Zalała mnie fala niepokoju. A ja myślałam, że będą to zajęcia, do których będę mogła się uczyć. A nie taktyka wojenna dla nastolatków. Nie byłam na to przygotowana. Przeszła obok nas superwysoka kobieta z długimi, czarnymi włosami i prychnęła w moją stronę.
– Pierwszy dzień? – przeciągała słowa.
– Właściwie to tak – odparłam. To było dobre. Zawieranie znajomości było dobre!
– Powodzenia – warknęła, po czym zderzyła się ze mną ramionami i przepchnęła się do szatni przy sali gimnastycznej.
Zmieszana ruszyłam za nią. Przyjęłam od jednego z trenerów parę spodenek, koszulkę i buty sportowe. Zaczesałam włosy do góry najlepiej, jak potrafiłam, i weszłam na salę.
Była gigantyczna. Leżało tam co najmniej dwadzieścia manekinów treningowych, cała masa ciężarów, a dookoła biegła czerwona bieżnia, która wyglądała na liczącą około pół mili długości. Część mnie odetchnęła z ulgą. W liceum trenowałam biegi jako formę ucieczki. Od kiedy dowiedziałam się, że jestem wilkiem, nie trenowałam, ale byłam pewna, że wciąż zdołam wykręcić milę w zabójcze sześć minut.
Znów rozejrzałam się po sali. Mój wzrok zatrzymał się na ciężarach. Znajomy zestaw opalonych ramion asekurował kogoś przy wyciskaniu na ławeczce. Mężczyzna wykonujący powtórzenia był zlany potem, próbując wypchnąć sztangę po raz ostatni. Opalony mężczyzna pociągnął ją resztę drogi z łatwością, która mnie przerażała.
Kiedy się odwrócił, nie mogłam powstrzymać głośnego wdechu. To był ten sam czarnowłosy mężczyzna, który wczoraj o mały włos by mnie nie staranował. Jego uśmiech zrzedł, gdy wlepił we mnie gniewne spojrzenie, a jego złote oczy zabłysły.
– Ty – warknął.
Ruszył w moją stronę ciężkim krokiem, a ja instynktownie skuliłam się w sobie. Nie spuszczałam wzroku z czarnowłosego mężczyzny. Chłopak, którego asekurował, właśnie wstał i również patrzył w naszą stronę. Też miał czarne włosy i wyglądał, jakby był pochodzenia wschodnioazjatyckiego.
– Ej – zawołał do kipiącego złością mężczyzny stojącego przede mną. – To ta suka, Max?
– Słucham? – zjeżyłam się. – Nawet cię nie znam!
– Wie wszystko, co powinien wiedzieć – syknął wyższy mężczyzna, Max. – Że jesteś słabą małą dziewczynką bez wilka, której jakoś udało się oszustwem dostać do Akademii.
– A ja wiem o tobie wszystko, co powinnam – odgryzłam się.
– Jesteś wielkim łobuzem – ciągnęłam. – Który najwyraźniej jest tak bardzo niepewny swojej własnej pozycji, że musi poniżać innych. – Wykrzywiłam usta w złośliwym uśmieszku. – I stanowczo nie jesteś kimś, kim chciałabym sobie zawracać głowę.
– O kurwa – szepnął ktoś za mną. Spojrzałam za siebie, na tłum, który zgromadził się wokół mnie. Wszystkie okoliczne wilki wyglądały na śmiertelnie przerażone. Odwróciłam się z powrotem i spojrzałam na mojego prześladowcę.
– Więc tak wszystkich tutaj przerażasz? – wyprostowałam się. – Czym ty jesteś, jakimś księciem?
Ten cały Max spojrzał na mnie z góry. Jego ciało zdawało się całkowicie przytłaczać moje.
– Jestem Maximus Wolfham. Dziedzic rodu Wolfhamów – wypluł.
Wolfham. Wolfham. Wolfham.
Dlaczego to nazwisko brzmiało tak znajomo?
– Och – wyrwało mi się pod nosem. Kolejne „och” do mojej kolekcji. Ten mężczyzna był jednym z potencjalnych kandydatów na męża, których wybrała dla mnie moja matka. Był dziedzicem kolejnego z największych wilczych rodów.
A teraz patrzył na mnie, jakbym nasikała mu do płatków.
– Och – przedrzeźniał mnie. Przecisnął się obok mnie, uderzając swoim ramieniem w moje. Poczułam ten sam elektryczny dreszcz przepływający przeze mnie, co wczoraj, gdy mnie staranował.
– Mówiłem poważnie wczoraj, człowieku – rzucił przez ramię Maximus. Znów to słowo. – Schodź mi, kurwa, z drogi.
Poszłam za nim przez salę gimnastyczną. Zatrzymał się w grupie ludzi i odwrócił przodem do mnie. Jego przyjaciele rozmawiali obok niego, ale on był zbyt zajęty rzucaniem mi morderczych spojrzeń. Jęknęłam.
Tyle z nie rzucania się w oczy, pomyślałam.
– Cisza, cisza, cisza! – przez salę przetoczył się donośny głos. Z kantorka obok sali wyłonił się mężczyzna, z wyglądu i stroju ewidentnie trener. – Koniec pogaduszek. Dziś mierzymy czas biegu. Zróbcie mi okrążenie rozgrzewkowe, a potem Maximus i Petyr poprowadzą rozciąganie.
Bez drugiego polecenia cała grupa ruszyła na bieżnię. Pobiegłam za nimi, trzymając się na tyłach grupy. Petyr musiał być tym wschodnioazjatyckim mężczyzną asekurowanym przez Maximusa, bo obaj wysunęli się na prowadzenie. Z trudem dotrzymywałam kroku.
Oddech uwiązł mi w gardle, gdy spojrzałam przez bieżnię i zobaczyłam, jak Maximus i Petyr zerkają na mnie zimnymi jak głaz spojrzeniami. Świetnie, pomyślałam. Kolejny wróg.
Petyr również był przystojny. Ale nie dorównywał Maximusowi. Mimo tego, jak chamsko się wobec mnie zachowywał, nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, że jest niesamowicie atrakcyjny.
Dokończyliśmy okrążenie rozgrzewkowe w ogonie grupy, po czym podzieliliśmy się na rzędy do rozciągania. Wylądowałam obok kobiety z długimi czarnymi włosami, na którą wpadłam na początku dnia.
Zadbała o to, by przypomnieć mi, że mnie nie lubi, omal nie uderzając we mnie ciałem za każdym razem, gdy się obracaliśmy.
Kiedy rozciąganie dobiegło końca, uformowaliśmy półkole wokół trenera. Stał na przedzie z podkładką z klipsem w dłoni. Nabazgrał coś długopisem, westchnął i wsunął podkładkę pod ramię.
– Dobra, jestem Trener Wells – westchnął. Zachowywał się tak, jakby był śmiertelnie znudzony. – Dzisiaj robimy bieg. Dla was, pierwszoroczniaków. To dwadzieścia okrążeń wokół bieżni w mniej niż czterdzieści pięć minut.
Dwadzieścia okrążeń? Dziesięć mil? W mniej niż czterdzieści pięć minut???
Poczułam, jak żółć podchodzi mi do gardła.
Trenowałam bieganie w liceum.
Byłam przyzwoitą sprinterką na krótkie dystanse. Mila była moim chlebem powszednim. Nigdy nie przebiegłam więcej niż pięć mil, a co dopiero dziesięć. Rozejrzałam się, żeby sprawdzić, czy ktoś jeszcze wygląda na spanikowanego. Nikt nie wydawał się wzruszony. Odwróciłam się z powrotem do Trenera. Napotkał moje spojrzenie i dostrzegł panikę na mojej twarzy.
– A teraz, jeśli nie zrobicie dwudziestu – odezwał się. – Nie zostaniecie wyrzuceni. Ale będziecie musieli brać udział w treningach uzupełniających, dopóki nie zdacie. Ideał to dwadzieścia, ale jeśli dacie radę dobić do piętnastu, ominą was dodatkowe zajęcia. Celujcie w dwadzieścia. Powyżej piętnastu jest w porządku. Zrozumiano?
Wszyscy wokół mnie pokiwali głowami. Piętnaście. Byłam w stanie zrobić piętnaście okrążeń. To było siedem i pół mili. Tylko o dwie i pół więcej niż moje maksimum. Całkowicie do zrobienia.
Trener kazał wszystkim ustawić się na bieżni. Była na tyle szeroka, że staliśmy w rzędach po trzy osoby. Przede mną stała kobieta o białoblond włosach i błyszczących, fioletowych oczach. Przed nią stała dziewczyna, której jeszcze nie poznałam. Blondynka powoli się odwróciła i posłała mi półuśmiech, po czym wyszeptała pod nosem życzenie powodzenia. Wtedy rozległ się gwizdek Trenera i ruszyliśmy.
Wszyscy przede mną wystartowali w karkołomnym tempie. Ja zawahałam się na starcie, wstrząśnięta faktem, że ktoś faktycznie był dla mnie miły. Próbowałam dotrzymać im kroku, ale czułam, jak moje płuca się nadwyrężają, więc powróciłam do dawnego rytmu, którego wyuczyłam się w liceum.
Prawa, lewa, prawa, lewa.
Powrót do mechaniki biegu przyszedł mi z łatwością. W liceum to była moja ucieczka. Na bieżni nie było sierot ani dzieci bez rodziców. Byłaś tylko ty i czerwona bieżnia. Oceniano cię na podstawie tego, jak szybko potrafisz biec. A ja potrafiłam biec szybko.
Wykręcałam właśnie dziesiąte okrążenie, gdy trener krzyknął, że zostało dziesięć minut. Pchnęłam moje nogi do mocniejszej pracy. Pięć okrążeń w dziesięć minut. Nie było to niewykonalne. Czułam, jak moje nogi zaczynają umierać, gdy przyspieszałam coraz bardziej i bardziej. Pokonałam zakręt mojego czternastego okrążenia i przeszłam w sprint. Nie miałam pojęcia, ile czasu zostało, ale wiedziałam, że muszę się wykazać.
Przemknęłam obok tłumu wilków, które zdążyły już skończyć, pracując mocniej rękami i nogami. Pot spływał mi po karku, gdy powtarzałam w głowie swoją mantrę.
Udowodnij. Udowodnij to. Udowodnij im, że jesteś warta tego, by tu być!
Przekroczyłam półmetek okrążenia, gdy moja dusza została zmiażdżona. Gwizdek trenera rozległ się echem po bieżni i wypalił się w moich uszach.
– Czas minął! – krzyknął. – Smith! – wywołał moje ludzkie nazwisko, a ja zatrzymałam się, opadając z sił, niemal wypluwając płuca. – Idziesz na zajęcia uzupełniające!
Przeszłam z powrotem przez bieżnię i stanęłam obok kobiety o białoblond włosach. Posłała mi mały, smutny uśmiech.
– To było naprawdę imponujące – powiedziała cicho. – Zazwyczaj pozbawieni wilka nie przebiegają więcej niż dziesięciu okrążeń.
– Dzięki – wykrztusiłam. – Czy komuś jeszcze się nie udało?
Przygryzła wargę, co było natychmiastową odpowiedzią na moje pytanie. Świetnie. Jęknęłam i osunęłam się na ziemię.
Jakaś stopa kopnęła moją piętę, wytrącając mi ją spod nóg i sprawiając, że przewróciłam się na ziemię. Spojrzałam wściekle na napastnika. Był to, oczywiście, Maximus.
– Jedyna w tym roku, która nie ukończyła biegu – zakpił. – I to pozbawiona wilka. Nie wmówisz mi, że to nie przez to.
Podniosłam się z ziemi i stanęłam z dumnie wypiętą klatką piersiową.
– Nie mam wilka, a mimo to byłam wystarczająco blisko, by prawie ukończyć ten wasz głupi bieg.
– Prawie – powtórzył Maximus z zadowolonym z siebie, złośliwym uśmiechem. – Czyli jednak ci się nie udało. – Zaśmiał się cicho i odwrócił się ode mnie.
– Boże – syknęłam. – Nienawidzę go.
– On z pewnością nie darzy cię sympatią – zamyśliła się blondynka.
Jęknęłam i przetarłam dłonią twarz.
– Dzięki – rzuciłam.
Może to dlatego, że wie, że jesteś dziedziczką Luny? – odezwał się cienki głosik z tyłu mojej głowy.
Nie może wiedzieć, pomyślałam. Chyba, że dostał te informacje od kogoś spoza Akademii Alfów. Nikt tutaj nie wiedział, kim byłam.
– Dobra, do diabła z tymi waszymi pogaduszkami dzieciaki! – krzyknął Trener. – Chcecie w ogóle powalczyć?
W grupie rozległy się krzyki, wiwaty i okrzyki entuzjazmu. Osobiście miałam ochotę wczołgać się do jakiejś dziury i umrzeć. Sparing?
– Smith! – Głos trenera wyrwał mnie z zadumy. Loren potrząsnęła mną delikatnie. Zdałam sobie sprawę, że na mojej twarzy malował się grymas, więc posłałam jej delikatny uśmiech.
– Iiiiii... – Trener spojrzał w dół na swoją podkładkę. – Wolfham.
Świetnie.
Po prostu wspaniale.
Teraz Maximus zamierzał skopać mi tyłek i napawać się tym przez całą wieczność. Spojrzałam przez matę treningową i zobaczyłam, że już na mnie czeka. Szyderczo pomachał palcami, a ja poczułam, jak na moją twarz wraca grymas. Mocnym krokiem podeszłam do maty i przyjęłam przed nim postawę obronną.
– Miejmy to już z głowy – westchnęłam.
Maximus uśmiechnął się jak kot.
– Z przyjemnością.
Wyprowadził pierwszy cios, który udało mi się zablokować przedramieniem. Zabolało jak diabli, wywołując u mnie syk bólu. Gdy próbowałam poprawić pozycję, wyprowadził podcięcie, a ja wylądowałam na tyłku. Jęknęłam i szybko przetoczyłam się z powrotem na nogi. Miałam wrażenie, jakby uderzył w moją kostkę metalowym prętem.
Spojrzałam na niego, po raz kolejny przyjmując pozycję. Marszczył nos.
– Cuchniesz człowiekiem – syknął. – Przebywałaś kiedykolwiek wcześniej w pobliżu wilka?
– Tak – odrzuciłam szybko, tym razem to ja wyprowadzając pierwszy cios. – To znaczy, nie. – Poprawiłam się. Obawiałam się, że się zdradzę.
– Tak czy nie? – odezwał się Maximus leniwym tonem. Wyprowadził podwójny cios prosty, który dwa razy wylądował na moim przedramieniu. Stęknęłam przyjmując siłę tych uderzeń.
– Nie – wycedziłam przez zaciśnięte zęby, uderzając ponownie. Zablokował mój cios przy swoich żebrach, a potem wykorzystał to do kontrataku, lądując pięścią w moim brzuchu. Znów wylądowałam na tyłku. Prychnęłam z irytacją i zdmuchnęłam z twarzy zbłąkany kosmyk włosów. – Dorastałam wśród ludzi – udało mi się wykrztusić, gdy próbowałam zahaczyć stopą o tył jego łydki i powalić go na ziemię.
Ledwie drgnął.
Wydałam z siebie okrzyk frustracji, po czym przetoczyłam się i z powrotem stanęłam na nogi. Tym razem zaatakował mocniej. Jego słowa jednak wciąż brzmiały równie leniwie, jak wcześniej.
– Wychowana przez ludzi? – dopytywał. Rzucił sierpowy. Z trudem go zablokowałam. Robiłam się niechlujna. – Nic dziwnego, że nie masz szacunku do Wyższych Stad... – Kolejny sierpowy, ledwie mija mój policzek. – ...Choć jaki wilk porzuciłby swoją córkę? – Kolejny cios, który wylądował na moim ramieniu i zmusił mnie do krzyku.
– Widocznie byłaś ogromnym rozczarowaniem...
Cios. Cios. Blok. Pudło. Zachwiałam się, cofając do tyłu.
– Zastanawiam się, jaki wilk jest bez swojego wilka w tak podeszłym wieku?
Kopnięcie w udo. Moje kolano uderzyło o ziemię.
– Po prostu przyjmij to do wiadomości, jesteś nikim. Nawet twoi rodzice cię nie chcieli.
Kolejny cios. Tym razem ląduje na moim policzku.
Gniew we mnie zapłonął. Poczułam, jak ogarnął mnie ogień o intensywności, jakiej nigdy wcześniej nie czułam. Krzyknęłam wściekle wyrzucając rękę w stronę Maximusa. Przeciągnęłam paznokciami po jego bicepsie, a on zatoczył się do tyłu.
Powoli patrzyłam, jak strużka krwi zbiera się w jedną linię, po czym spływa po wewnętrznej stronie jego ramienia. Maximus wyglądał na zszokowanego. Przejechał palcem wskazującym po rozcięciu, rozmazując krew. Mruknął pod nosem, uciekając wzrokiem w dal.
Odwróciłam się i zobaczyłam, że wszyscy patrzą na nas zszokowani. Nikt nie spodziewał się, że wyrządzę krzywdę Maximusowi. Powoli wstałam i spojrzałam Maximusowi w oczy.
– Udowodnię wam, że tu pasuję – powiedziała powoli. – A kiedy to zrobię, oczekuję tych cholernych przeprosin.
Z tymi słowami odwróciłam się i zeszłam z maty kierując się do szatni.
Szybko wzięłam prysznic, zanim reszta zdążyła się zjawić. Blondynka, która wcześniej ze mną rozmawiała, wpadła na mnie w drodze do wyjścia. Złapała mnie za rękę i pociągnęła na zewnątrz, uciekając z szatni.
– Nie wierzę, że to zrobiłaś! – krzyknęła szeptem. – Nikt nigdy nie zdołał doprowadzić Maximusa do krwawienia. A co dopiero ktoś pozbawiony wilka!
– Taa – zaśmiałam się wpół. – Ja też nie. Po prostu coś we mnie wstąpiło.
– Swoją drogą, jestem Loren – powiedziała. Obdarzyła mnie delikatnym uśmiechem. – Wygląda na to, że potrzebujesz przyjaciela.
– Oj tak – mruknęłam. Czułam się tak bardzo nie na swoim miejscu. Czułam na sobie czyjś wzrok, ale nie miałam pojęcia dlaczego. Na tę myśl mój brzuch głośno zaburczał. Zatrzymałam się i spojrzałam na Loren.
– Ee, dostajemy tu obiad?
Loren zaśmiała się.
– Oczywiście – powiedziała. – Chcesz wpaść na stołówkę?
– Błagam – odparłam.
Loren zaprowadziła mnie na stołówkę obok sali gimnastycznej. Powiedziała, że na terenie kampusu jest kilka miejsc, w których mogę coś zjeść. Była nawet restauracja ze stekami. Pokręciłam z podziwem głową. Nie sądziłam, bym kiedykolwiek była w takim miejscu. Z całą pewnością nie był to mój pierwszy wybór, gdy w sierocińcu nie miałam ani grosza.
Weszłyśmy do dużej stołówki obok sali i natychmiast poczułam się przytłoczona. Był tam każdy rodzaj kuchni, o jakim kiedykolwiek słyszałam, a także takie, o których pojęcia nie miałam. Wszystko było soczyste, jasne i pełne zieleni. Loren pognała w stronę czegoś, co nazywało się „stacją sushi”, podczas gdy ja pomaszerowałam wolnym krokiem w stronę stacji z kanapkami.
Wzięłam sobie to co zwykle – indyka na białym pieczywie z musztardą i wodę. Byłam niesamowicie odwodniona i wyczerpana po porannych Podstawach i rozważałam wzięcie sobie też odrobiny sushi, z którym paradowała Loren. Bóg jeden raczy wiedzieć, że mojemu ciału przydałyby się kalorie.
Zamiast tego, zostałam przy mojej kanapce i podeszłam do kasy. Próbowałam wygrzebać z ubrań jakąś gotówkę, ale kasjer powiedział, że wszystko jest uregulowane. Podał mi paragon, na którym widniało moje saldo konta, a uśmiech znikł mi z twarzy.
Victoria zdeponowała na moim koncie znacznie więcej, niż potrzebowałam. Może mogłam jednak wziąć to sushi? Zamiast tego poczekałam, aż Loren zapłaci, po czym przeszłam się z nią, by znaleźć wolny stolik.
Kiedy się rozglądałyśmy, drzwi stołówki otworzyły się z hukiem i do środka wkroczył pewnym krokiem Maximus. Podążało za nim dwóch innych mężczyzn. Obaj byli równie zwalistymi kolosami. Mężczyzna po jego prawej stronie miał na twarzy nieustanne zagniewanie. Miał ciemnobrązowe włosy i nieco jaśniejszą skórę niż Maximus, gęsto usianą piegami. Stanowiło to dziwne zestawienie w stosunku do jego zachowania.
Drugiego z nich natychmiast rozpoznałam. Nazywał się Thorne Blythwitch. Kręcił się po zamku, kiedy ja tam byłam. Victoria powiedziała mi, że pewnego dnia będzie moim rycerzem. Wtedy to zignorowałam, ale teraz stał tutaj.
I nie miał pojęcia, kim jestem.
Dolne partie jego jasnobrązowych włosów były wygolone. Górna część została ufarbowana na blond i spięta z tyłu w mały kucyk odsłaniający twarz. Miał ostro zarysowaną szczękę oraz odrobinę zarostu nad i pod wargami. Jego wyraz twarzy pozostawał obojętny, dopóki mnie nie dostrzegł. Zatrzymał się i przyglądał, jak przechodzę z utkwionym we mnie spojrzeniem.
Odwzajemniłam spojrzenie, nie zwalniając kroku. Nagle na coś wpadłam, a moja kanapka z hukiem zsunęła się z tacy, zostawiając za sobą smugę musztardy. Uderzyła o coś z plaśnięciem, na co zjeżyłam się i mocno zacisnęłam powieki.
Gdy powoli je uchyliłam, Maximus patrzył na mnie z góry z mordem w oczach, a cała jego biała koszula ufajdana była musztardą.
– Oj, już po niej – usłyszałam za plecami.
Chciałam odwrócić się i rzucić mordercze spojrzenie temu, kto to powiedział, ale mój wzrok był skupiony na Maximusie. Powoli przejechał dłonią w dół po przodzie swojej koszuli i część musztardy z plaskiem spadła na ziemię. Reszta pokryła jego dłoń. Spojrzał na mnie, przeszywając mnie swoimi złotymi oczami. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale mi przerwano.
– Ja pierdolę! – krzyknął ktoś stojący tuż obok. Rzuciłam tam spojrzenie. To był ten piegowaty mężczyzna z ciemnobrązowymi włosami. Jego gniewny grymas stał się z jakiegoś powodu jeszcze bardziej zawzięty.
– Patrz, kurwa, jak łazisz! – warknął. – Nigdy w życiu nie widziałem tak nierozgarniętej osoby.
Maximus mruknął cicho, zerkając w dół na swoją umazaną musztardą dłoń.
– Może gdyby nie lustrowała Thorne'a z góry na dół, uważałaby bardziej – rzucił. Po czym ponownie przeniósł na mnie wzrok. – Choć, powinienem był się spodziewać takiego zachowania po pozbawionym wilka człowieku.
Znów to cholerne słowo.
– Ach, rozumiem – syknął piegowaty mężczyzna. – To ta idiotka, która zdecydowała się okaleczyć cię na Podstawach?
Okaleczyć? Czyżbym zraniła go aż tak mocno? Zbyt zajęta rozmyślaniem o własnej sile, nie zorientowałam się, że piegowaty mężczyzna zbliżył się do mnie. Był niesamowicie wysoki, wyższy od Maximusa. Cała jego istota spowiła moją w cieniu, co ujawniło, kim tak naprawdę byłam.
Mrówką pośród gigantów.
Wściekłych gigantów.
– Posłuchaj mnie, dziewczyno – warknął mężczyzna.
– Kairos – ostrzegł Thorne. Choć tak naprawdę w jego tonie nie było żadnego ostrzeżenia. Jeżeli już, to brzmiał na znudzonego.
Kairos.
To imię też znałam.
Jasna cholera, czy wszyscy trzej z tych mężczyzn mieli być moimi potencjalnymi mężami?
Typowa Victoria – musiała wynaleźć absolutnie najgorszych możliwych mężczyzn. Chociaż to właściwie doskonale pokrywało się z tym, jak traktowała mnie przez całe moje życie.
Dokładnie, ona nigdy cię nie kochała – powiedział głos w mojej głowie.
Odpieprz się – rzuciłam mu w odpowiedzi.
Wtedy poczułam siłę zaciskającą się na moim bicepsie. Wyrwałam się z wewnętrznego monologu. To dłoń Kairosa owinęła się wokół mojego ramienia z miażdżącą siłą, która z pewnością zostawi siniaki. Cicho jęknęłam.
– Słuchaj mnie – warknął. – Zdaje się, że niewiele wiesz o kulturze wilkołaków. Pewnie dlatego, że nikomu na tobie nie zależało na tyle, żeby cię nauczyć... – Jego usta wykrzywiły się w sadystycznym uśmiechu. – ...ale jesteś w obecności przyszłego króla. Żądamy szacunku. Może gdybyś nam go okazała, puścilibyśmy cię z pouczeniem.
Szarpnęłam się do tyłu, próbując się uwolnić, ale nie przesunęłam się ani o cal. Uniosłam brew.
– A jak niby mam to zrobić?
– Uklęknij – wypluł.
Rozejrzałam się. Wszyscy patrzyli. Cała szkoła dowiedziałaby się, jak bardzo potulną dziwką jestem, gdybym nie postawiła się temu idiocie. Wycieraliby mną podłogę przez całą resztę mojego pobytu tutaj. Musiałam natychmiast pokazać charakter i zaznaczyć swoją dominację.
– Nie – warknęłam w odpowiedzi.
Jego oczy również były złote, ale znacznie ciemniejsze, bardziej gniewne niż te Maximusa.
– Za kogo ty się uważasz? Za księżniczkę?
Cóż, najwyraźniej tak, odezwał się głos w mojej głowie.
Nie pomagasz...
– Nie znoszę tyranów – prychnęłam pogardliwie w jego stronę. – A ty, co widać jak na dłoni, nim jesteś. Więc mnie puść i spadaj.
Kairos rzucał mi mordercze spojrzenia, jego nozdrza falowały. Cała jego twarz trzęsła się z wściekłości. Szkoda; gdyby nie był tak porywczy, może i byłby przystojny. W końcu puścił moje ramię i odepchnął mnie od siebie.
Wydałam z siebie głuche stęknięcie, lądując na klatce piersiowej Loren. Kairos nadal wlepiał we mnie gniewne spojrzenie, aż w końcu odwrócił się i przemówił do zgromadzonego tłumu. Jego chory uśmiech powrócił.
– Mamy nasze pierwsze polowanie! – ogłosił. Tłum zawył z entuzjazmem, a ja poczułam w piersi tak głęboką panikę, że aż mną zatrzęsło. – Wygrywa ten, kto pierwszy zmusi ją do uległości – kontynuował. Po czym znów na mnie spojrzał. – Dodatkowe punkty, jeśli po drodze ją powalicie.
Moje oczy rozszerzyły się pod wpływem jego słów, po czym natychmiast przeniosłam wzrok na tłum na stołówce. Wszyscy zerwali się na nogi i powoli, milimetr po milimetrze, zmierzali w moją stronę. Część z nich warczała, a inni węszyli w powietrzu próbując podłapać mój zapach.
– Zoro – szepnęła za mną Loren. – Musisz uciekać.
– To na nic – odrzuciłam. – Jako ludzie są szybsi ode mnie, a co dopiero jako wilki.
– Do cholery, po prostu spróbuj! – Loren pchnęła mnie w stronę wyjścia ze stołówki. Potknęłam się nieco i usłyszałam śmiech Kairosa. Powoli cofałam się w stronę drzwi, nie spuszczając z oczu ludzi przede mną. Zbliżali się coraz bardziej. Moja dłoń trafiła wreszcie na metalową klamkę, pociągnęłam ją gwałtownie i rzuciłam się do sprinterskiego biegu.
Moje nogi, wciąż do cna wyczerpane po porannym biegu, były w fatalnym stanie. Czułam protest każdego mięśnia, zmuszając się do pełnej prędkości. Nie miałam pojęcia, dokąd biegnę, i parłam przed siebie, słysząc za sobą wycie. Nie mogłam się zatrzymać, żeby zobaczyć, jak blisko są i tym samym ryzykować utratę tempa.
Dawałam z siebie wszystko, moje płuca i uda płonęły, dopóki coś wielkiego nie zajechało mi drogi, zmuszając mnie do gwałtownego zatrzymania się. Potężny wilk, o jarzących się purpurowych oczach i szarym futrze, stanął przede mną. Kłapnął szczękami, a ja gwałtownie skręciłam w innym kierunku.
Biegłam dalej, aż kolejny wilk odciął mi drogę, tym razem rudobrązowy ze złotymi oczami. Znów dokonałam zwrotu i pobiegłam w stronę jednego z budynków. Przy wejściu dopadł mnie trzeci wilk, więc wykonałam unik i wbiegłam do tylnej alejki. Moje serce omal nie wyskoczyło mi z piersi.
W końcu zgięłam za róg, spodziewając się ucieczki, ale natrafiłam na ślepy zaułek. Stał tam płot wysoki na tyle, co dwie ułożone na sobie wysokości mojego wzrostu.
– Kurwa! – krzyknęłam. Wycie i warczenie dobiegało coraz bliżej. Odwróciłam się i stanęłam twarzą w twarz z czterema wilkami, z nastroszoną sierścią i obnażonymi kłami. Z przodu stała potężna, jasnowłosa wilczyca, która nerwowo krążyła tam i z powrotem.
– Poddaj się! – warknęła. – Przeproś! – Miałam wrażenie, że słyszę jej głos wewnątrz własnej głowy. Jej słowa odbijały się od ścianek mojej czaszki. Byłam zszokowana. Wilki potrafiły mówić?
– Bo co? Zjesz mnie? – zapytałam. Próbowałam pokazać po sobie jak najmniej strachu, mimo że cała trzęsłam się w środku. – Jeśli Kairos chce zagrać w tę swoją małą gierkę, to skończy się ona dopiero, gdy ja o tym zdecyduję.
Pysk jasnej wilczycy wykrzywił się w uśmiechu.
– Powodzenia.
Wtedy zaatakowali. Natychmiast zaczęłam wyprowadzać kopnięcia i ciosy, żeby ich odeprzeć. Wbiłam palce w krawędzie płotu i podciągnęłam się, z dala od ich pysków. Kłapali zębami tuż pod moimi stopami i zaczęli podnosić się na tylnych łapach. Wykorzystałam to jako swoją szansę i z rozmachem opuściłam stopy na czubek głowy szarej wilczycy.
Zaskamlała, gdy poczuła na głowie pełną siłę mojego ciężaru. Odbiłam się i wystrzeliłam w powietrze. Machałam przez chwilę rękami i nogami, po czym chwyciłam się szczytu płotu i przerzuciłam przez niego resztę ciała. Opadłam na ziemię po drugiej stronie, podczas gdy wilki po przeciwnej warczały wniebogłosy.
Mój tyłek był boleśnie obity, ale jakoś doczłapałam z powrotem na równe nogi. Próbowałam ponownie przejść w pełny sprint, ale wyszło mi jedynie kuśtykające bieganie.
– PIEPRZCIE SIĘ, SUKI! – krzyknęłam przez ramię.
Wybiegłam z alejki i usłyszałam kolejne wyjące wilki. Kurwa, potrafią przekazać sobie, że uciekłam? Nie pozwoliłam sobie myśleć o tym zbyt długo. Skupiłam się na znalezieniu miejsca, w którym mogłabym się ukryć. Biegłam przed siebie, gdy nagle jakaś siła brutalnie się ze mną zderzyła.
Mój świat zawirował, a ja w końcu uświadomiłam sobie, że to może być mój koniec.
Zamrugałam kilka razy, żeby pozbyć się plam z zamglonego pola widzenia. Moja głowa pulsowała tak, jakby przejechał po niej autobus. Chwiejnie stanęłam na nogi. Jakaś dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku. Próbowałam ją strzepnąć, gdy spojrzałam na osobę, do której należała.
Oczywiście, był to Maximus.
– Puść mnie – syknęłam.
– Daj spokój, mały człowieczku – rzucił kpiąco. – Po prostu się poddaj. Bądź uległa i uznaj fakt, że jesteś w tej szkole nikim.
Szarpnęłam za ramię. – Tak bardzo przepraszam, że oblałam cię musztardą – szarpnęłam znowu. Nie mogłam się ruszyć z miejsca. – Ale ta głupia mordercza gra to już lekka przesada! – Z jeszcze jednym szarpnięciem mój nadgarstek wyślizgnął się z jego uścisku.
Znowu rzuciłam się do ucieczki, zastanawiając się, jak długo uda mi się przetrwać, zanim znów mnie złapią. Moje nogi rwały do przodu, ale opadałam z sił. Wycie i warczenie stawały się coraz głośniejsze. Ale wtedy zimny głos zabrzmiał niczym grzmot pośród chaosu.
– Wystarczy.
Wszystkie wilki się zatrzymały, niektóre skomlały z bólu, podczas gdy inne wciąż kłapały paszczami. Głos zabrzmiał w moim umyśle tak głośno, że padłam na kolana, zakrywając uszy dłońmi. Dzwonienie w mojej głowie ustało, a ja podniosłam wzrok.
Przez polanę kroczył mężczyzna w eleganckich, bordowych szatach. Unosiły się nad trawą, jakby leciał. Miał długie, falowane włosy, założone za uszy. Jego oczy były tak jasne, że wydawały się białe, a nie żółte. Czułam emanującą z niego moc. To była ta sama siła, która falami spływała z mojej matki.
Był prawdziwym Alfą. A nie tylko dziedzicem, jak reszta ludzi w tej szkole.
Jeden z wilków obok mnie przybrał z powrotem ludzką postać. Wyprostował się dumnie, ale trzęsły mu się dłonie. – Profesorze Lunerly – zaczął. – Braliśmy tylko udział w tegorocznym polowaniu. To tradycja…
– Nie opowiadaj mi o tradycji – powiedział mężczyzna w szatach. Jego głos brzmiał w moich uszach jak aksamit. – Ja również uczęszczałem do Akademii Alf. – Spojrzał na mnie z góry.
– Tego, czego jednak nie robiłem – oznajmił – to nie znęcałem się nad bezwilkimi.
– Ale ona była najsłabsza! – zaprotestował kolejny wilk, który przybrał ludzką formę. – A Kairos…
– Pan Moonraiser otrzyma w tym roku rekompensatę za polowanie – stwierdził profesor. – Ale reszta z was jest wolna, możecie udać się na popołudniowe zajęcia.
Kilka wilków próbowało oponować, ale w końcu się poddały, widząc, jak usta profesora Lunerly'ego zaciskają się w wąską linię. Jeden po drugim, wszyscy powrócili do swoich wilczych postaci i ruszyli w głąb kampusu. Gdy zniknęli, spojrzałam na mojego wybawcę.
Nie mógł być dużo starszy ode mnie, ale sprawiał takie wrażenie. Sposób, w jaki się trzymał, przypominał postawę kogoś o sędziwym wieku i potężnej mocy. To był ten sam rodzaj iście królewskiego zachowania, które wyczuwałam w zamku, kiedy tam przebywałam.
– Dziękuję – powiedziała cicho.
Mężczyzna ledwie to odnotował, zamiast tego odwrócił się na pięcie i ruszył w stronę budynku rekrutacyjnego. Zatrzymał się raz, by sprawdzić, czy idę za nim, po czym dał mi znak, bym ruszyła naprzód. Przemierzałam trawę szerokim krokiem, by dotrzymać mu tempa.
Weszliśmy po schodach do wnętrza budynku. Profesor Lunerly poprowadził mnie przez ciemnodębowe korytarze do pewnego pokoju. Na drzwiach widniał napis „DYREKTOR” wypisany ozdobną czcionką. Wskazał na krzesło przed biurkiem, na którym usiadłam. Zajął miejsce za biurkiem i delikatnie przesunął w moją stronę stary telefon z tarczą.
– Dla ciebie – powiedział.
Marszcząc brwi, podniosłam słuchawkę i przyłożyłam ją do ucha.
– Halo?
– Zora!
To była Victoria. Świetnie. Dokładnie to, czego potrzebowałam po całym dniu walki o życie.
– Vict… eem… wasza wysokość – powiedziała, napotkawszy spojrzenie profesora Lunerly'ego.
– Nie musisz zachowywać takich formalności – stwierdziła Victoria. – Valentin to przyjaciel rodziny.
Zerknęłam na profesora Lunerly'ego. Jego usta wciąż były zaciśnięte w cienką linię. Wyglądał nieprzyjaźnie. Wyglądał dystyngowanie.
– Jasne – powiedziała do słuchawki, przeciągając słowo.
– Więc, jak minął ci pierwszy dzień? – zapytała Victoria.
– Cóż, właściwie… – Przejechałam dłonią po twarzy. – Nie zaliczyłam biegu. Zabrakło mi jakiegoś ćwierć mili. Potem upuściłam kanapkę prosto na jednego ze studentów. To zapoczątkowało polowanie, w którym banda wściekłych wilków zaczęła mnie gonić i próbowała zabić. A potem profesor Lunerly to zakończył i przyprowadził mnie tutaj.
Zaśmiałam się na wpół. – Więc całkiem obfitujący w wydarzenia.
– Bogowie – zaśmiała się Victoria. – Zdecydowanie jesteś moją córką. Wywołać takie zamieszanie już pierwszego dnia!
– Jestem pewna, że twoje zamieszanie było o wiele bardziej pozytywne niż moje – mruknęłam.
– Cóż, z pewnością, tak – odparła Victoria. – Księżniczka-dziedziczka rozpoczynała edukację. W innej szkole niż jej matka! Wysoce skandaliczne.
Mruknęłam pod nosem. Nie byłam pewna, co powinnam na to odpowiedzieć. Przez chwilę obie trwałyśmy w ciszy, zanim Victoria westchnęła.
– Poznałaś już jakichś kandydatów na narzeczonego?
Prychnęłam. – Niestety.
– Niestety?! – żachnęła się Victoria. – O nieba, ta kanapka.
– Ta kanapka – powtórzyłam. – Chociaż myślę, że Maximus był bardziej wściekły o to, że go skaleczyłam, niż o to, że oblałam go musztardą.
– Skaleczyłaś go?! – Nigdy nie słyszałam Victorii tak zaskoczonej. – O nieba wyższe! Co ci strzeliło do głowy, żeby to zrobić?!
– Zachowywał się jak kutas! – odparowałam. – Wbijał mnie w ziemię podczas Podstaw. Mówił, że jestem bezwartościowa! Używał mojego braku wilka jako obelgi!
Victoria westchnęła. – To wszystko by się nie wydarzyło, gdybyś wybrała zalotnika.
– Cóż, cieszę się, że tego nie zrobiłam! – warknęłam. – Wszyscy są kompletnymi dupkami, którym wydaje się, że świat kręci się wokół nich.
– I tak powinno być! – Victoria podniosła głos. Byłam zszokowana. Nigdy wcześniej nie odzywała się do mnie tak ostro. Musiała zdać sobie z tego sprawę, bo znów ciężko westchnęła. – Wiele musisz się jeszcze nauczyć, Zoro. Alfowie z Wyższych Watah cieszą się ogromnym szacunkiem. Watahy Wolfham i Moonraiser należą do tych Wyższych Watah. Same ich nazwiska wymagają, by ludzie kłaniali się im do stóp.
– To takie głupie! – zaprotestowałam. – Więc powinnam zmienić nazwisko na Luna i zacząć bić ludzi?!
Victoria zamilkła na chwilę. Nienawidziłam tego, że wiedziałam, co za chwilę powie.
– Mogłabyś – powiedziała łagodnie. – To znacznie ułatwiłoby ci naukę. Ludzie padaliby ci do stóp, zamiast cię ścigać. – Znowu umilkła i znów westchnęła.
– Ale zanim się ujawnisz, musisz wybrać jednego z zalotników. Dla własnego bezpieczeństwa.
– Bezpieczeństwa? – prychnęłam. – Bo, co, ludzie będą próbowali wejść mi do łóżka, by dostać się do tronu, jeśli nie będę „zajęta”?
– Dokładnie tak – odparła Victoria. Była całkowicie poważna. Ja tymczasem żartowałam. Kolejne westchnienie. – Obiecuję ci, że wszyscy trzej mężczyźni, których wybrałam, to wartościowi i honorowi kandydaci.
– Wartościowi i honorowi, akurat! – wypaliłam. Oczy profesora Lunerly'ego rozszerzyły się. – Są aroganccy i pretensjonalni. Nie potrzebuję ich dla „bezpieczeństwa” i ukończę tę głupią szkołę bez nazwiska Luna.
Z tymi słowami odłożyłam słuchawkę. Spojrzałam na profesora Lunerly'ego. Jedna z jego brwi powędrowała do góry z ciekawością.
– Zawsze rozmawiasz z matką takim tonem?
Prychnęłam i osunęłam się na krześle. – Zostawiła mnie, bym gniła w sierocińcu przez osiemnaście lat. Victoria na to zasługuje.
Profesor mruknął pod nosem, po czym oparł się w fotelu. W zamyśleniu przyłożył palce do ust. Były długie i eleganckie, zupełnie jak jego twarz.
– Twoja matka prosiła, bym miał cię na oku – powiedział. – Właśnie dlatego dzisiaj interweniowałem. Biorąc pod uwagę twój temperament, czy mogę założyć, że będę musiał robić to często?
– Jeśli cała reszta da mi spokój, nie będziesz musiał – warknęłam.
– A zatem tak?
Przewróciłam oczami. – Najprawdopodobniej.
Profesor Lunerly ponownie mruknął. Zaczynało mi to grać na nerwach. Ci głupi ludzie i ich niewerbalne komentarze.
Wstał zza biurka i wskazał na drzwi. Poszłam za nim i już miałam je otworzyć, kiedy jego dłoń docisnęła je z powrotem. Stał ledwie cal ode mnie i patrzył na mnie z góry.
Dostrzegłam kilka złotych plamek w jego biało-żółtych oczach. Wyglądały jak małe piegi na tęczówkach. Były absolutnie piękne. Jego oczy obramowywały długie, brązowe rzęsy, które muskały mu policzki. Poczułam, jak zatapiam wzrok w jego spojrzeniu.
– Postaraj się nie rzucać w oczy – powiedział cicho. – Dla naszego wspólnego dobra.
– Nic nie obiecuję – odpowiedziała, wciąż nie odrywając od niego wzroku. – Kłopoty zdają się za mną podążać.
– Owszem, podążają – zamyślił się profesor. Uchylił nieco drzwi i wskazał mi wyjście. Jego oczy wciąż we mnie tkwiły. – Księżniczko.
– Profesorze – odparłam.
– Księżniczko? – odezwał się jakiś głos.
Poderwałam głowę i zobaczyłam Maximusa opierającego się o ścianę naprzeciwko mnie. Zostałam przyłapana.