– PANNO HART?
Mrugam i podnoszę wzrok na starszego mężczyznę siedzącego naprzeciwko mnie, wpatrzonego we mnie i cierpliwie czekającego, aż odpowiem na jego pytanie. Badam jego wygląd: siwe włosy, choć nie całkowicie białe. Wśród pasm przeplatają się ciemniejsze smugi – jego oczy są zaskakująco zielone, chłodne i wspaniałe. Jak na starszego pana, jest niezwykle przystojny. Nosi siwiejący, kilkudniowy zarost. Jest srebrnym lisem w każdym tego słowa znaczeniu. Poprawiam się w fotelu i krzyżuję nogi, siedząc prosto z nadzieją, że to sprawi na nim wrażenie, iż jestem pewna siebie i kompetentna.
– Uważam, że moją największą zaletą jest nieustępliwość. Choć niektórzy mogą uznać to za wadę, oznacza to tylko, że nigdy się nie poddaję. Niezależnie od tego, jak trudne jest zadanie, które mam przed sobą. Kiedy już sobie coś postanowię, nie spocznę, dopóki tego nie osiągnę – mówię z przekonaniem, patrząc mu prosto w oczy. Kiwa powoli głową, zatrzymując na mnie wzrok przez dłuższą chwilę, po czym pochyla się do przodu, a jego pełne usta ledwie zauważalnie drgają w uśmiechu.
– Podoba mi się ta odpowiedź. Przez cały dzień słyszałem tylko o tym, jacy są pewni siebie, ambitni i godni zaufania – mówi, opierając się na oparciu fotela i rzucając długopis na biurko. – Podoba mi się pani, panno Hart. Czy może pani zacząć w poniedziałek? – Powstrzymuję chęć pisku radości i zaciskam usta. Uśmiecham się uprzejmie.
Możesz wariować, jak stąd wyjdziesz, Shay. Weź się w garść! – Tak jest, proszę pana.
– Znakomicie. Proszę przyjść w poniedziałek rano punktualnie o dziewiątej, a Heather oprowadzi panią i wprowadzi do systemu – mówi, wstając z fotela i wyciągając do mnie rękę. Wstaję i chwytam jego dłoń, delikatnie ją ściskając.
– Bardzo dziękuję. Doceniam tę szansę, panie Hoult – mówię, podnosząc torebkę. Odprowadza mnie do szklanych drzwi swojego biura.
– Witamy w zespole, panno Hart. – Uśmiecham się do niego uprzejmie, dziękuję i opuszczam biuro. Kiedy tylko znajduję się na zewnątrz, oddycham z ulgą. Dostałam tę pracę. Będę pracować w jednej z najbardziej prestiżowych firm architektonicznych na świecie. Co prawda jako asystentka dyrektora generalnego, ale zawsze to coś. Będę harować jak wół, uczyć się od niego wszystkiego, co tylko możliwe, i ukończę studia. Kiedyś udowodnię im, że mam talent i umiejętności, by zostać architektem w jednej z ich filii.
Po kilku beznadziejnych miesiącach sprawy wreszcie zaczynają przybierać lepszy obrót. Konieczność rzucenia uniwersytetu, brak pieniędzy na czesne i konieczność utrzymania brata oraz matki były ogromnym wyzwaniem. Musiałam odłożyć karierę na dalszy plan i zaopiekować się rodziną. Jedenaście lat temu straciliśmy ojca w wypadku drogowym, tuż po moich szesnastych urodzinach, i od tamtej pory jestem ich jedynym żywicielem. Mam starszego brata, Sama, ale nie jest w stanie utrzymać pracy dłużej niż przez kilka miesięcy z powodu ADHD i problemów z kontrolowaniem gniewu. Stara się, ale nie potrafi utrzymać koncentracji na dłużej, co często kończy się słabymi wynikami. Moja matka nie wyszła z domu, odkąd zmarł ojciec. Był miłością jej życia, a kiedy go straciliśmy, straciliśmy też ogromną część matki. Przeraża ją wyjście z domu i nie jest w stanie stawić czoła światu bez niego.
Mam dobre przeczucia. Moje życie wreszcie stanie się trochę łatwiejsze.
Wbiegam po schodach do mieszkania, które dzielę z moimi dwiema najlepszymi przyjaciółkami, Jo Sinclair i Aimee O’Connor. Są moim kołem ratunkowym i cieszę się, że mam je w swoim życiu. W chwili, gdy wsuwam klucz do zamka, drzwi zostają wręcz wyrwane z zawiasów i obie stoją w progu, z włosami upiętymi w luźne koki na czubkach głów, obie w za dużych bluzach dresowych, wpatrując się we mnie wyczekująco szeroko otwartymi oczami.
– I jak? – pytają chórem.
– Co? – pytam, przenosząc wzrok z jednej na drugą. Wiem, że umierały z ciekawości, jak poszła moja rozmowa kwalifikacyjna, skoro piętnaście wiadomości na pocztę głosową i pięćdziesiąt esemesów mogło o czymś świadczyć.
– Suko, jak poszła rozmowa? – wydusza z siebie Aimee, przełykając pełne usta płatków Lucky Charms.
– Poszło dobrze – odpowiadam, próbując wejść do środka, ale obie blokują mi drogę. – Więcej... – przeciąga Jo, mrużąc swoje miodowe tęczówki i lustrując mnie badawczym wzrokiem. Wzdycham i wzruszam ramionami.
– Cóż, wydawał się zainteresowany, ale było tam tylu bardziej odpowiednich kandydatów z większym doświadczeniem, więc... – Obserwuję, jak obu rzedną miny i walczę z chęcią uśmiechu.
– Och, trudno, ich strata, bo jesteś niesamowita, ździrko – mówi Jo, obejmując mnie ramieniem i wprowadzając do mieszkania. – Trafi się coś innego. Wiem to. – Dodaje z optymizmem, jak na dobrą przyjaciółkę przystało. Rozglądam się po naszym przytulnym mieszkaniu. Trzy sypialnie przyzwoitych rozmiarów. Otwarty salon z małą kuchnią po lewej stronie i całkiem spora łazienka z kabiną prysznicową. Nasze mieszkanie, dogodnie położone w Londynie, w żadnym razie nie ocieka luksusem, ale niemal wszędzie miałyśmy dziesięć-piętnaście minut pociągiem. Uwielbiałam je i uwielbiam mieszkać z moimi dziewczynami. Gdybym nie dostała tej pracy, musiałabym wrócić do domu z matką i bratem, a tego nie chciałam. Są moją jedyną rodziną. Rodzice wychowali mnie w surowym domu. Byli bardzo dumnymi ludźmi, cenili tradycje, szacunek i kulturę ponad wszystko, i zaszczepili te cechy we mnie i Sammym podczas naszego dorastania.
– Taa. Wygląda na to, że jednak nie będziecie musiały szukać nowego lokatora na moje miejsce – mówię do nich, zdejmując kurtkę i rzucając ją na sofę.
– Nie mów tak. Coś się znajdzie... czekaj, powiedziałaś, że nie będziecie musiały? – mamrocze Aimee, odkładając miskę. Uśmiecham się, a ich oczy stają się wielkie jak spodki. – Dostałaś to. Ty... DOSTAŁAŚ TĘ PRACĘ?! – Kiwam głową, obie krzyczą i rzucają się na mnie, a my wszystkie lądujemy na kanapie w plątaninie rąk i nóg.
– Dostałam pracę! Jesteście na mnie skazane, suki! – śmieję się, kiedy obie dźgają mnie po bokach, łaskocząc, aż płaczę ze śmiechu.
Jo zrywa się na równe nogi. – Idziemy dzisiaj świętować. Nie przyjmuję żadnych wymówek. Idziemy! – mówi, biegnąc korytarzem w stronę swojej sypialni i ślizgając się w skarpetkach po drewnianej podłodze. Aimee podąża za nią, a ja zostaję na sofie, wpatrując się w gładki, biały sufit. Ścisk w żołądku, który towarzyszył mi od miesięcy, w końcu znika.
– Ździrko, rusz swój zgrabny tyłek z kanapy. Upijemy się w trupa! – słyszę wołanie Jo z sypialni. Śmiejąc się, wstaję z sofy i staję twarzą w twarz z Aimee, która wychodzi ze swojego pokoju. Obie patrzymy na drzwi od łazienki, potem na siebie nawzajem, po czym rzucamy się biegiem w ich stronę. Przepycham Aimee biodrem, wślizguję się do łazienki i szybko zamykam drzwi. Śmieję się, słysząc, jak przeklina po drugiej stronie.
– Za każdym pieprzonym razem!
– Mam dłuższe nogi niż ty, Aimes – droczę się z nią, rozbierając się pod prysznic.
– Owszem, i nienawidzę cię za to. Pospiesz się i nie zapomnij wydepilować piczki. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie noc – chichocze, a ja przewracam oczami i uśmiecham się szeroko, wchodząc pod wodę. – Najwyższy czas, żebyś odkurzyła te pajęczyny i wreszcie się trochę zabawiła, dziewczyno.
– Doskonale wiesz, że moja piczka jest gładko wydepilowana, i jestem całkiem zadowolona z moich „pajęczyn”, dziękuję bardzo. – Biorę pustą butelkę po szamponie i rzucam nią o drzwi, słysząc jej rechot po drugiej stronie. – Spadaj. Daj mi się w spokoju umyć.
Wiele godzin i zbyt wiele butelek prosecco później, wtaczamy się do baru o nazwie „Luxe” w centrum Londynu. Dziewczyny zmusiły mnie do włożenia czerwonej minikreacji, która ładnie opinała moje naturalne krągłości. Moje długie, ciemne włosy były luźno pofalowane i rozpuszczone. Jo i Aimee również założyły sukienki. Aimee wybrała srebrną, cekinową kreację, która eksponowała jej naturalne piersi w rozmiarze D, podczas gdy Jo miała na sobie białą, obcisłą sukienkę bez ramiączek. Atmosfera była nieziemska, muzyka grała na pełen regulator, a basy odtwarzanego utworu wibrowały w całym moim ciele. Ruszamy w stronę baru i zamawiamy kolejkę shotów tequili, a potem kolejną, po której następują cztery kolejne kolejki Pornstar Martini. Jo na pewno dotrzymała obietnicy upicia nas w trupa.
Kiedy tańczę z Jo, mój wzrok przykuwa para atrakcyjnych, a zarazem uderzająco żywych, zielonych oczu, które mnie obserwują. Cholera. To najpiękniejszy mężczyzna, jakiego w życiu widziałam. Jego spojrzenie na mnie jest intensywne, podczas gdy on sączy bursztynowy płyn ze szklanki. Wokół niego i jego przyjaciół roi się od dziewczyn. Widzę, jak długonoga blondynka siedząca obok niego pochyla się i szepcze mu coś na ucho, ale jego oczy mrużą się, wciąż utkwione we mnie. Odrywając od niego wzrok, odwracam się i tańczę dalej z Jo.
Aimee podchodzi do nas z trzema szotami z kwaśnego zielonego jabłuszka. – Pij do dna, ździrko! – Stukamy się kieliszkami i wypijamy szoty. Krzywię się, gdy płyn pali moje wnętrzności. Z głośników zaczyna dudnić „Despacito”. Śmieję się do łez, gdy Jo szepcze mi coś na ucho, kiedy nagle cofam się i wpadam na coś ciepłego i twardego. Oczy Jo rozszerzają się szeroko, gdy widzi, kto stoi za mną. Posyłam jej zdezorientowane spojrzenie, a ona zaciska usta i uśmiecha się, po czym cofa się o krok.
– Zatańczysz ze mną? – słyszę w uchu mruczenie głębokiego głosu. Odwracam się i widzę faceta, który obserwował mnie z sekcji VIP. Mój Boże, z bliska jest jeszcze piękniejszy, a jego oczy są tak zielone, bystre i ciekawe, błyszczące jak dwa szmaragdy, jak każdy odcień lasu. Ich blask przypomina mi lato. Odwracam się w jego stronę, zadzierając głowę, żeby na niego spojrzeć. Jest wysoki, ma grubo ponad metr osiemdziesiąt, jasnobrązowe włosy – krótko ścięte po bokach i dłuższe na górze, idealnie ułożone. Aż świerzbią mnie palce, by wyciągnąć rękę i sprawdzić, czy są tak miękkie, na jakie wyglądają. Jego rysy są mocne, wyrzeźbione i niezwykle męskie.
– To był rozkaz czy prośba? – odpowiadam, mrużąc na niego oczy.
Jego miękkie, pełne usta wykrzywiają się w półuśmieszku.
Powoli oblizuje wargi. – Cokolwiek sprawi, że ze mną zatańczysz – przeciąga z pewnością siebie. Ktoś próbuje go wyminąć, więc robi krok bliżej mnie.
Podnoszę wzrok i uśmiecham się do przystojnego nieznajomego, którego silne ramiona oplatają mnie w pasie, przyciągając do siebie. Kołyszemy się razem w rytm muzyki. Jego ruchy idealnie współgrają z moimi, poruszamy się niezwykle płynnie. Potrafi tańczyć. Podoba mi się to. Pochyla głowę, a jego wargi ocierają się o płatek mojego ucha, gdy mówi cicho, a ja zauważalnie drżę na łobuzerski ton jego głosu.
– Jak masz na imię, skarbie?
– Shayla. A ty? – pytam i mogłabym przysiąc, że przez jego przystojną twarz przemknął wyraz zaskoczenia, zanim uśmiechnął się seksownie, a na jego policzkach pojawiły się dwa głębokie dołeczki, przyprawiając mnie o szybsze bicie serca.
Ma dołeczki! Dwa!
– Cole. – Uśmiecham się do niego, a on przesuwa językiem po dolnej wardze i mruży nieco oczy, przypatrując się mojej twarzy. Przez dłuższą chwilę tańczymy razem, podgrzewając atmosferę. Ocieramy się o siebie, a jego dłonie mnie eksplorują. Żar między nami jest potężny, ten sposób, w jaki jego ręce błądzą po moim ciele, ściskając i pieszcząc. Cała reszta po prostu zanika, jakbyśmy byli tu tylko we dwoje. Jego oczy wpatrują się w moje nieruchomo.
– Głodna?
Śmieję się i kiwam głową. – Umieram z głodu. – Uśmiecha się, odgarnia pasmo moich włosów przyklejone do spoconej twarzy i delikatnie zakłada je za ucho.
– Może poszlibyśmy gdzieś coś zjeść? – Kiwam głową bez wahania, a on uśmiecha się szeroko. Biorąc moją dłoń w swoją, znacznie większą, ciągnie mnie przez tłum ludzi. Po drodze do wyjścia udaje mi się złapać wzrok Jo i daję jej gestem znać, że wychodzę. Odmachuje mi z kciukiem uniesionym w górę. Ta dziewczyna jest bardziej nawalona niż ja.
Wreszcie wychodzimy na zewnątrz, a w mojej głowie zaczyna wirować, gdy uderza mnie świeże powietrze. Cole owija mi ramię wokół talii, stabilizując mnie. Podążam za nim, gdy oboje zmierzamy chwiejnym krokiem w stronę srebrnego Rolls-Royce'a Phantoma. Kierowca, starszy pan, otwiera drzwi, a Cole kładzie dłoń na dole moich pleców i wprowadza mnie do środka. Kiedy przesuwam się, by Cole mógł usiąść obok mnie, zapadam się w pluszowych białych skórzanych siedzeniach.
– Wow. Ten samochód jest większy niż moje mieszkanie – stwierdzam z pijackim chichotem, gdy Cole nalewa nam dwa kieliszki szampana.
– Jakie jest twoje stanowisko w sprawie sushi? Znam świetne miejsce. – Mrugam na niego, a on uśmiecha się do mnie czarująco.
– Sushi? – Marszczę nos z niesmakiem. – Kto normalny je sushi po pijaku? – Cole wybucha serdecznym śmiechem. – Słuchaj, uwielbiam sushi tak jak każdy inny, ale nie jestem jedną z tych dziewczyn, które jedzą pretensjonalne gówno w stylu kawioru i popijają Cristal. Nie wyobrażam sobie nic gorszego, zwłaszcza teraz. – Wychylam się i klepię kierowcę w ramię. Zerka na mnie przez lusterko wsteczne. – Zabierz nas na Old Street, proszę, dobry człowieku. – Mężczyzna chichocze i kiwa głową.
– Tak jest, proszę pani.
Chichoczę. – Proszę pani? Co ja mam, pięćdziesiąt lat?
Cole pociąga mnie z powrotem i przesuwa się tak, by móc mi się lepiej przyjrzeć. – Co jest na Old Street? – Posyłam mu łobuzerski uśmiech i dopijam swojego drinka.
– Najlepsze jedzenie na świecie! Bez urazy, ale wyglądasz mi na jedno z tych nadętych, bogatych dzieciaków, które myślą, że udana noc to sączenie Dom Pérignon i przeżuwanie rybich dzieci. Pokażę ci noc, którą będziesz pamiętał, kiedy będziesz siedział w bujanym fotelu w wieku osiemdziesięciu lat, panie Cole.
Cole chichocze i przygryza wargę, a jego zielone oczy błyszczą radośnie. – Och? I czy będziesz wtedy siedziała obok mnie w tym bujanym fotelu? – przeciąga, przesuwając kciukiem wzdłuż mojej linii szczęki.
– To zależy... – szepczę, uśmiechając się, gdy wsuwa palce w moje włosy. – Od czego? – odszepsuje, a jego wzrok zsuwa się na moje usta, po czym znów napotyka moje spojrzenie.
– Będziesz musiał się ze mną ożenić, żeby się przekonać – droczę się, a on zaczyna się śmiać, po czym przyciąga moje wargi do swoich i całuje mnie delikatnie. Jęczę, gdy jego język przesuwa się po mojej dolnej wardze, cicho prosząc o dostęp, którego z radością mu udzielam; rozchylając usta, odnajduje mój język i fachowo pogłębia pocałunek. Jeśli wcześniej mój umysł był zamglony, po jego pocałunku zamienia się w całkowitą papkę. Jak na pierwszy pocałunek, ten trafia na sam szczyt mojej listy.
Większą połowę podróży samochodem spędziliśmy na całowaniu się, dopóki kierowca nie powiadomił nas, że dotarliśmy na miejsce. – Co to za miejsce? – pyta, gdy ciągnę go do wejścia „The Breakfast Bar”.
– Och, ty biedne, biedne dziecko. Nie żyłeś, dopóki nie zjadłeś ich naleśników – mówię, gdy siadamy, a on zagląda do menu. Wyrywam mu kartę z rąk, a on patrzy na mnie ze zdumieniem. – To ci nie będzie potrzebne – informuję go, a on się uśmiecha i kręci głową. – Poprosimy dużą porcję naleśników do podziału i dwie słone, karmelowe latte – zamawiam, a kelnerka uśmiecha się, po czym zabiera menu i znika.
Dwadzieścia minut później Cole zlizuje resztki z widelca i opada na oparcie krzesła z pełnym zachwytu jękiem. – Mój Boże, to było niebo na talerzu. – Kiwam głową z triumfem, przeżuwając swój ostatni kęs naleśników.
– Mmm, no nie? – jęczę, zlizując śmietanę z palca. – Podziękujesz mi później – mówię z puszczeniem oka, a Cole uśmiecha się szeroko. Wyciąga rękę i chwyta moją prawą dłoń w swoją, wpatrując się głęboko w moje oczy przez długą chwilę.
– Jesteś kompletnym przeciwieństwem tego, do czego przywykłem, ale nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek bawił się tak dobrze z kimś, kogo dopiero poznałem. Nigdy. – Zapewnia, delikatnie gładząc palcami moje knykcie. Czuję, jak moje policzki płoną pod jego spojrzeniem i uciekam wzrokiem do swojej filiżanki z kawą.
Reszta nocy mija mi jak przez mgłę. Wypiliśmy jeszcze parę koktajli z shotami, zanim jakimś cudem wylądowaliśmy na prywatnym pasie startowym. Wychodzimy z prywatnego odrzutowca, śmiejąc się do rozpuku. Przez cały lot graliśmy w alkoholową grę, co nie było dobrym pomysłem. – Vegas, mała! – bełkoczę, unosząc ręce w górę i prawie tracąc równowagę. Rozglądam się po ciemnym pasie startowym i nadymałam wargi. – Czekaj. Nie ma tu kapliczki?
Słyszę, jak Cole śmieje się za mną, po czym obejmuje mnie ramieniem za szyję od tyłu i całuje w policzek. – Nie możemy wylądować na środku Vegas Strip, skarbie – mruczy pijanym głosem. – Musimy tam podjechać.
Chichoczę. – Oki! Kierowca! Zabierz nas do Evlisa na ślub – bełkoczę półprzytomnie. Cole i ja wtaczamy się na tył czarnej limuzyny i ruszamy w stronę Las Vegas Strip. Wydaje mi się, że przez jakiś czas uprawialiśmy hazard, piliśmy pyszne koktajle, a ostatnią rzeczą, jaką pamiętam, było to, jak Cole wynosił mnie z kaplicy, całując się ze mną jak para napalonych nastolatków.
Wiele godzin później wiercę się przez sen, z oślepiającym słońcem świecącym mi prosto w twarz. Jęczę i przewracam się na drugi bok, wtulając twarz w pluszowe poduszki. – Mmm, takie miękkie – wtulam się głębiej w poduszki, aż nagle przypominam sobie, że przecież nie mam pluszowych, miękkich poduszek. Moja poduszka jest twarda i wyboista. Rozklejam oczy i jęczę z powodu nagłego bólu głowy.
Auć, wody... potrzebuję wody i prawdopodobnie nowego mózgu.
Zmuszam oczy do otwarcia, mrugam i patrzę w sufit. Marszczę brwi, gdy widzę własne odbicie, spoglądające na mnie w łóżku, nagie i owinięte prześcieradłem.
Co na zielonej ziemi Boga...
Siadam na łóżku i kiedy wreszcie zaczynam przyswajać otoczenie, nagle mnie to uderza. Nie jestem w swojej sypialni. Jestem naga w dziwnym miejscu, z kacem, który z pewnością zaraz wpędzi mnie do wczesnego grobu. Podnoszę prześcieradło i gapię się na moje w pełni nagie ciało pod spodem. Tak, zdecydowanie jestem naga. Jęczę i zasłaniam twarz ręką, zamierając, gdy czuję coś zimnego i twardego przyciśniętego do mojego nosa. Powoli cofam rękę i wpatruję się w ogromny diamentowy pierścionek tkwiący na moim palcu.
Co do kurwy... Owijam prześcieradło wokół ciała, gramoląc się z łóżka, i ogarniam wzrokiem ubrania porozrzucane chaotycznie po całym pokoju. W głowie mi wiruje. – O mój Boże, gdzie ja do diabła jestem? – Podnoszę z podłogi czarną koszulę, przyglądam się jej i upuszczam z powrotem. Podchodzę do okna i wyglądam na zewnątrz, osłaniając oczy przed jaskrawością porannego słońca. – To nie jest Londyn.
– Dzień dobry – podskakuję z piskiem i obracam się na pięcie, słysząc za sobą głęboki głos. Patrzę na wpół nagiego mężczyznę, stojącego przede mną w bokserkach od Diora. Owijam się szczelniej prześcieradłem, przyciskając się plecami do okna. – Wreszcie wstałaś.
– O, dobry Boże – mruczę zszokowana, a on krzywi się, ostrożnie rozcierając czoło. Wygląda równie marnie, jak ja się czuję, mimo że to niezwykle piękny mężczyzna. Pośrodku mojego mini ataku paniki, rozpaczliwie staram się nie myśleć o tym, jak koszmarnie muszę teraz dla niego wyglądać. Moje włosy są rozczochrane, wczorajszy makijaż jest rozmazany, oczy mam zaczerwienione, a usta wciąż mają czerwonawy odcień od szminki, którą miałam na sobie.
– Prawdę mówiąc, po prostu Cole.
– Cole. Gdzie my do cholery jesteśmy?
– W Vegas, o ile się nie mylę...
Och, słodki Jezu.
Ból głowy wybudza mnie z mojego nader spokojnego snu: to i wyraźny zapach kokosa oraz marakui. Poruszam się, by przekręcić się na bok, i marszczę brwi, czując ciężar na swojej klatce piersiowej. Zmuszam się do otwarcia oczu i krzywię pod wpływem oślepiającego blasku słońca padającego na moją twarz. Zerkam w dół na burzę jedwabistych brązowych włosów i łapię kolejny powiew tej kokosowo-marakujowej mieszanki. To ona. Odchylam głowę na bok i przypatruję się twarzy dziewczyny, która właśnie wyleguje się na mojej klatce piersiowej. Nieźle. Budziłem się z gorszymi. Jej usta są miękkie i różowe, ma długie ciemne rzęsy i idealnie wyprofilowane brwi.
Co do diabła wydarzyło się zeszłej nocy? Nie pamiętam absolutnie niczego. Kim jest ta dziewczyna? Delikatnie odsuwam jej ramię ze swojej piersi, rozplątuję nasze nogi, a ona jęczy, gdy zsuwam ją z siebie. Wtula się w poduszkę z westchnieniem. Pozwalam swoim oczom powędrować po jej nagim ciele, do połowy owiniętym w pościel, podczas gdy ona leży rozciągnięta na brzuchu ze swoimi długimi, ciemnymi włosami rozsypanymi na poduszce. Przyglądam się jej twarzy z bliska i marszczę brwi. Nie, nie pamiętam ani jednej pieprzonej rzeczy. Całkowite odcięcie. Rozglądam się po pokoju. Nasze ubrania są porozrzucane bez ładu i składu po marmurowej podłodze. Gdzie my, kurwa, jesteśmy? Wciągam bokserki i podchodzę do okna. Dlaczego ten widok wydaje się taki znajomy? Zaraz. Czy ja jestem w pieprzonym Vegas? Przecieram twarz dłońmi i raz jeszcze patrzę na krajobraz przed sobą. O tak, zdecydowanie jestem w Vegas. Podnoszę swoje dżinsy z podłogi i wpycham ręce do kieszeni z nadzieją, że znajdę tam jakąś wskazówkę, co się tu, do cholery, odjebało. Wyciągam z tylnej kieszeni kawałek papieru wraz ze swoim paszportem i go rozkładam. Jest wilgotny – w sumie, jak o tym pomyśleć, dżinsy też.
„Akt Małżeństwa”.
Przez dłuższą chwilę tępo gapię się na te słowa. Nie ma kurwa mowy. Nie poszedłem i nie wziąłem ślubu z jakąś przypadkową dziewczyną. Czytam resztę dokumentu i rzucam przekleństwem. O kurwa. „Małżeństwo Tristana Cole'a Houlta i Shayli Hart”.
Gdyby certyfikat nie był wystarczającym dowodem, mam jeszcze złotą obrączkę na palcu. Przysuwam się bliżej i patrzę na dziewczynę w łóżku – ona również ma na palcu diamentowy pierścionek. Wzięliśmy ślub. Polecieliśmy do Vegas i się pobraliśmy.
– Kurwa. – Znajduję swój telefon na stoliku przy łóżku i wychodzę z pokoju. Muszę zadzwonić do mojego prawnika. Mam nadzieję – nie, modlę się, by to małżeństwo nie było legalne.
– Panie Hoult? – z drugiego końca dobiega zaspany głos Franca, mojego prawnika. Jasne, różnica czasu, tam pewnie są wczesne godziny poranne. – Wszystko w porządku?
– Franc, przepraszam, że cię budzę. Czy ślub w Vegas jest prawnie wiążący?
– Posiada pan akt małżeństwa? – odpowiada. Robię zdjęcie certyfikatu i mu je wysyłam.
– Mam coś, co wygląda jak akt małżeństwa. Właśnie wysłałem ci zdjęcie. Rzuć na to okiem.
Słyszę, jak po drugiej stronie grzebie w telefonie. – No cóż, tak, to oficjalny dokument, więc jest to legalne, panie Hoult – oznajmia, a moje serce opada mi na samo dno żołądka. Wpatruję się w akt w mojej dłoni i wzdycham.
– Jezu Chryste. Nie pamiętam absolutnie niczego od momentu, gdy wyszliśmy z klubu. Mam kompletną pustkę w głowie. Z pewnością musi istnieć jakaś luka prawna, która mnie z tego wyciągnie? Proszę cię, znajdź ją.
– Zajmę się tym. Postaramy się o anulowanie małżeństwa na podstawie tego, że oboje byliście pod wpływem alkoholu – mówi, a ja kiwam głową, krążąc w te i wewte.
– Świetnie. Informuj mnie na bieżąco – mówię i kończę połączenie. Coś ty sobie, kurwa, myślał, żeniąc się z dziewczyną, której nawet nie znasz, ty absolutny idioto. To do mnie kompletnie niepodobne. Nie piję aż tyle. Nigdy. Szlag, nawet nie wychodzę na imprezy. Moje życie kręci się wokół pracy, a kiedy w końcu mam czas, by rozładować napięcie, piję kilka szklaneczek whisky i wychodzę z tą dziewczyną, która tamtej nocy wpadnie mi w oko. Nie, to lekkomyślne i nieodpowiedzialne – dwie rzeczy, którymi na pewno nie jestem. Nigdy nie upiłem się do tego stopnia, by urwał mi się film i bym stracił pamięć.
Odwracam się, słysząc kroki w drugim pokoju. Widzę, jak Shayla wędruje po jadalni apartamentu z prześcieradłem owiniętym wokół ciała. Na jej twarzy maluje się przerażenie, gdy próbuje odnaleźć się w nowym otoczeniu. Pierwszą rzeczą, jaką w niej zauważam, są jej oczy – o ton ciemniejsze od moich. Niemal oliwkowozielone, oprawione w długie, ciemne rzęsy, ale nie takie sztuczne, jak noszą dziewczyny; jej były naturalne. Jej włosy są lśniące i długie, kaskadami opadają na plecy w luźnych, plażowych falach, choć są lekko potargane po nocy dzikiego seksu.
Podchodzę do niej od tyłu i opieram się o futrynę drzwi, podczas gdy ona patrzy przez okno sięgające od podłogi do sufitu. – Dzień dobry – witam się, a ona podskakuje ze strachu, wydaje z siebie cichy pisk i odwraca się w moją stronę. Jej oczy, szeroko otwarte i zdezorientowane, omiatają mój nagi tors i wracają z powrotem na moją twarz. – Wreszcie się obudziłaś.
– Kim ty jesteś? – pyta, cofając się pod same okno. Biorę łyk kawy i oblizuję wargi. Wciąż nieprzyjemnie pulsowało mi w głowie, a sądząc po tym, jak rozmasowywała swoją, zakładałem, że nie czuje się dużo lepiej.
– Jestem Cole – przedstawiam się, a ona mruga wpatrując się we mnie, gdy podchodzę bliżej. Odwraca wzrok i obejmuje się ramionami, jakby chciała osłonić się przed moim wścibskim spojrzeniem; jej palce mocno zaciskają się na pościeli.
– Em, gdzie my jesteśmy? – pyta, rozglądając się po apartamencie.
– W Vegas, o ile się nie mylę.
Oczy Shayli rozszerzają się, gdy gapi się na mnie bez mrugnięcia okiem przez dobrą minutę. Kręci głową i marszczy głęboko brwi.
– W Vegas? – rzuca z niedowierzaniem, a ja kiwam głową w odpowiedzi. – Co my do cholery robimy w Vegas?
Wzruszam ramionami. – Zabij mnie, nie wiem. Nie pamiętam absolutnie nic z wczorajszej nocy. Jedyne, co sobie przypominam, to wyjście z klubu z jakąś dziewczyną. Potem mam czarną dziurę. Ty cokolwiek pamiętasz?
Kręci głową. – Nie, n-nie, niczego nie pamiętam. Byłam absurdalnie pijana. Nawet nie kojarzę, że cię poznałam – tłumaczy, nerwowo przygryzając wargę. Odrywa ode mnie wzrok i przeczesuje smukłymi palcami swoje miękkie włosy. – Em, dlaczego mam na palcu pierścionek?
Pocieram kark, po czym podnoszę dłoń i pokazuję jej obrączkę. Jej mina rzednie. Patrzy na pierścionek na swojej dłoni, a potem znowu na mnie. – Nie, powiedz mi, że tego nie zrobiliśmy. Wzięliśmy ślub? – Kiwam głową, a ona blednie. – Jakim cudem to się stało? Jak przeszliśmy z klubu w Londynie do wzięcia ślubu w Las Vegas?!
Jęczę, gdy przeszywający ból uderza w moją czaszkę pod wpływem głośności jej głosu. – Kurwa, przycisz trochę, skarbie; mój mózg zaraz wyleci mi przez tyłek. – Wzdycham, rozcierając skronie. – Szczerze? Nie mam pojęcia, jak to się stało, ani jak tu trafiliśmy, okej? Nie planowałem urżnąć się w trupa i poślubić jakiejś nieznajomej, którą spotkałem w klubie.
Shayla patrzy na mnie spode łba. – Och, no to dobrze się składa, że tego nie planowałeś. Wyobraź sobie, co by się stało, gdyby było inaczej! Poza tym, nie jesteś w moim typie. – Teraz to moja kolej na piorunujące spojrzenie. Czy ta dziewczyna mówi poważnie? Nie ma zielonego pojęcia, kim jestem. Nigdy nie spotkałem dziewczyny, w której typie bym nie był.
– Ach, tak uważasz? Zeszłej nocy cholernie wyglądało na to, że jestem w twoim typie – zauważam, a jej oczy zwężają się w szparki i robi krok w moją stronę.
– Czekaj. Mówiłeś, że niczego nie pamiętasz – mówi, celując palcem w moją twarz. Patrzę na jej palec, potem znów na nią, i wywracam oczami.
– Zgadza się. Ale stan, w jakim znajdował się pokój, gdy obudziłem się dziś rano, stanowił bardzo wyraźną oznakę udanej nocy – robię krok bliżej niej, a ona zadziera głowę, żeby na mnie spojrzeć. – Od samych drzwi aż do łóżka ciągnęła się ścieżka ubrań, co oznacza, że byliśmy zbyt pochłonięci naszą namiętnością, żeby przejmować się tym, kto jest w czyim typie – stwierdzam rzeczowo i puszczam do niej oko. – Nie wspominając o tym, że prezentujesz mój firmowy wygląd „po dobrym pieprzeniu”.
Zielone oczy Shayli robią się okrągłe, dziewczyna prycha i robi duży krok do tyłu, wprowadzając między nas trochę przestrzeni. Przeczesuje palcami włosy, wyraźnie sfrustrowana.
– Wow. Nawet nie zniżę się do tego, by zaszczycić tę uwagę odpowiedzią. – Przestaje krążyć po pokoju i znów na mnie patrzy. – Co zamierzamy z tym zrobić? Czy to małżeństwo jest w ogóle legalne?
– Obawiam się, że tak. – Jej ramiona opadają, a ona kręci głową.
– Jak? Jak mogli w ogóle udzielić nam ślubu, kiedy byliśmy pijani? To nie ma sensu. Czy nie trzeba złożyć wniosku o wydanie aktu małżeństwa, czy coś w tym stylu? – pyta, patrząc na mnie gniewnie. Wzruszam ramionami, odstawiam kubek z kawą i biorę ze stołu akt małżeństwa.
– To magia tego miasta. W Vegas wszystko jest możliwe. Proszę, znalazłem to w kieszeni dziś rano. – Bierze ode mnie papier i go rozkłada.
– Co to jest?
– Nasz akt małżeństwa. Podpisany przez nas oboje, zresztą dość niedbale – mówię, a ona przegląda dokument, po czym podnosi na mnie wzrok.
– O mój Boże, my naprawdę wzięliśmy ślub – mamrocze, opierając się o stół w jadalni. Wzdycham i niezręcznie pocieram kark. Wygląda na zasmuconą, po prostu gapi się w podłogę, a ja nie radzę sobie z pocieszaniem smutnych dziewczyn. Czuję się wtedy niekomfortowo i zamykam się w sobie.
– Hej, słuchaj, to nie koniec świata. Jestem pewien, że nie jesteśmy pierwszą parą, która po pijaku wzięła ślub w Vegas. Dostaniemy unieważnienie i będziemy żyć dalej, tak jakby to nigdy się nie wydarzyło – zapewniam ją. Podnosi wzrok, by na mnie spojrzeć, i mógłbym przysiąc, że smutek w jej oczach przyprawia mnie o dreszcz.
W końcu kiwa głową i prostuje się. – Taa, chyba masz rację. – Wzdycha i rozgląda się po pokoju z zakłopotaniem, po czym lekko marszczy brwi, niezgrabnie drapiąc się po głowie. – Um... – Przygryza delikatnie dolną wargę. – Nie mogę znaleźć swojej sukienki... – Pozwalam moim oczom powędrować po pokoju. – Muszę też wymyślić, jak do cholery wrócę do domu.
– Och, to już załatwiłem. Nasz lot do Londynu jest za dwie godziny – informuję ją, na co potakuje. – Kazałem też dostarczyć dla nas obojga jakieś ubrania. Wyglądasz na rozmiar 38. Kawy? – pytam. Wpatruje się we mnie z otwartymi ustami, po czym potakuje i siada na krześle przy stole. Nalewam jej czarnej kawy i stawiam kubek na stole przed nią.
Nadal wpatruje się we mnie ze zmarszczonymi brwiami. – Dziękuję. Nie musiałeś tego robić. Daj mi proszę znać, ile jestem ci winna, a zwrócę ci pieniądze. – Unosi kubek do ust i bierze długi łyk, zamyka oczy i wzdycha. Ta, ten pierwszy łyk kawy, kiedy masz kaca, smakuje jak niebo. Nie zauważyłem, że wpatruję się w nią, dopóki nie spojrzała na mnie i nie zmarszczyła brwi.
Kręcę głową i wzruszam ramionami. – Nie przejmuj się. To nie problem. Z pewnością chciałabyś wziąć prysznic i się odświeżyć. Nie zamówiłem śniadania, bo nie byłem pewien, na co masz ochotę – mówię i znikam w łazience. – Może po prostu zamówisz nam obsługę hotelową? – sugeruję, a ona mruga i z wahaniem potakuje.
Po długim, bardzo potrzebnym prysznicu i kilku rozmowach biznesowych, zjadłem z Shaylą śniadanie, żeby wchłonąć alkohol, który wypiliśmy zeszłej nocy. Mój żołądek był lekko zbuntowany, a tost z awokado pomógł go uspokoić. Shayla wzięła prysznic i ubrała się w ciuchy, które dla niej przygotowałem. Wyszła z łazienki wyglądając świeżo, w dopasowanych, jasnoniebieskich dżinsach i czarnej koszulce z głębokim dekoltem. Opuściliśmy hotel i ruszyliśmy na lotnisko. Kiedy podjeżdżamy przed mój prywatny odrzutowiec, Shayla wysiada z samochodu i wpatruje się w maszynę. – Whoa, to twoje? – pyta, gdy zmierzamy w jego stronę.
– Jasne, skarbie – mówię i gestem zapraszam ją, by weszła po schodkach. Prawdę mówiąc, nie mogę się doczekać powrotu do domu. Czuję się marnie i mam tak dużo pracy do nadrobienia. Wsuwam się na fotel w samolocie i obserwuję, jak Shayla wędruje po wnętrzu. Wydaje się zaniepokojona i zastanawiam się, czy nie boi się latać. – Zamierzasz tak stać przez całe dziesięć godzin lotu? Usiądź. Nie ugryzę cię, chyba że poprosisz – droczę się, a ona kręci głową, mrucząc coś pod nosem, po czym wślizguje się na miejsce obok mnie. Gapi się przez okno, a jej palce nerwowo bawią się na kolanach, podczas gdy ona gryzie dolną wargę.
Szkoda, że nie potrafię czytać jej w myślach. Jest w tej kobiecie coś wyjątkowego. Nie potrafię tego dokładnie określić, ale różni się od kobiet, do których zazwyczaj startuję, i bez wątpienia jest to najdłuższy czas, jaki spędziłem z dziewczyną, z którą kiedykolwiek spałem. Zazwyczaj nawet nie zostaję z nimi na noc. Zwykle wychodzę tuż po tym, jak skończymy się bzykać. Jak mówi mój najlepszy przyjaciel, Josh: „Bzykasz i znikasz”. Brzmi to okropnie, wiem, ale nie mam czasu na związki; przy moich obowiązkach zawodowych i podróżach, które odbywam, po prostu nie ma miejsca na dziewczynę ani żadne życie towarzyskie. Po tym, jak rok temu rozpadł się mój ostatni, trzyletni związek, uczyniłem pracę swoim priorytetem.
Budzę się, słysząc głos kapitana przez interkom. Musiałem zasnąć podczas czytania. Shayla spała, opierając głowę na moim ramieniu i owinąwszy dłonią mój biceps. Znowu czuję zapach jej szamponu i powoli staje się on moim ulubionym zapachem. Delikatnie odgarniam pasmo włosów z jej twarzy. Jest oszałamiająca, nawet bez makijażu.
Gdy koła samolotu dotykają pasa startowego, Shayla budzi się z drżeniem, unosi te swoje oliwkowe oczy i spogląda na mnie. Zrozumienie, że opierała głowę na moim ramieniu, zajmuje jej chwilę; odsuwa się, siada prosto i przeczesuje palcami włosy. Odchrząkuje, rozglądając się z niepokojem. – Jak długo spałam?
– Kilka godzin. – Spogląda na mnie, lekko marszczy brwi, po czym pochyla się i zakłada buty.
– Bardzo cię przepraszam. Powinieneś był mnie obudzić. – Uśmiecham się i kręcę głową, obserwując, jak poprawia bluzkę.
– Nie przejmuj się. Ja też spałem. Musieliśmy być bardziej zmęczeni, niż nam się wydawało. – Shayla potakuje i rozmasowuje kark, idąc przez samolot w stronę wyjścia.
– Opowiedz mi o tym. To był piekielnie długi weekend. O Boże, jutro rano idę do pracy – mówi, kiedy schodzimy po schodkach z samolotu. Nagle się zatrzymuje, patrzy na samochód, a potem znowu na mnie. – Czy my jechaliśmy tym autem wczoraj w nocy?
Kiwam głową, a ona mruga i znów patrzy na wóz. – Odjechaliśmy nim z klubu zeszłej nocy.
– Huh, kojarzę samochód, ale nic poza tym – odpowiada. Patrzy na kierowcę i marszczy brwi. – Właściwie... jego też pamiętam. – Gerald uśmiecha się i kiwa jej krótko głową, po czym otwiera dla niej drzwi.
– Dobry wieczór, panienko. – Shayla mierzy go sceptycznym wzrokiem, po czym wsiada do wozu. Godzinę później podjeżdżamy pod adres, który podała Geraldowi. Kobieta wysiada, a ja ruszam za nią i okrążam pojazd.
– Cóż, to tu – rzuca, spoglądając w górę na swój budynek, a potem z powrotem na mnie. – Dziękuję, że odtransportowałeś mnie do domu.
– Nie ma o czym mówić. Proszę, to moja wizytówka. Mój prawnik już zaczął sporządzać papiery rozwodowe. Spotkamy się za kilka dni i będziesz mogła je podpisać. Brzmi dobrze?
Shayla bierze moją wizytówkę, przygląda się jej, po czym patrzy na mnie i marszczy brwi. – Tristan? Myślałam, że masz na imię Cole? – pyta.
– Owszem. Poza pracą wolę, gdy mówi się do mnie Cole. – Kiwa głową, usatysfakcjonowana moją odpowiedzią, i wsuwa wizytówkę do kieszeni. Wow, ona naprawdę nie wie, kim jestem. To miła odmiana.
– Cóż. Pewnie powinnam czekać na odzew od ciebie. Wyślę ci esemesem mój numer. – Potakuję i przez chwilę patrzymy na siebie niezręcznie, nie do końca wiedząc, co powiedzieć lub jak się zachować. Czy powinniśmy uścisnąć sobie dłonie, czy się przytulić? Odwraca się, by odejść, ale nagle się zatrzymuje, zdejmuje pierścionek z palca i podaje mi go. – Prawda, że nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej? – upewnia się, spoglądając na moją twarz z przymrużonymi oczami.
Kręcę głową i wzruszam ramionami. – Nie sądzę. Na pewno bym pamiętał, że cię poznałem – odpowiadam z półuśmieszkiem, a ona mruga do mnie zaskoczona, podczas gdy jej policzki przybierają różowy odcień. O kurwa. Jeśli to nie jest najseksowniejsza rzecz na świecie...
Shayla odchrząkuje i kiwa głową. – Jeszcze raz dzięki.
Uśmiecham się do niej. – Dziękuję za pełen wrażeń weekend, Shaylo Hart. – Kobieta kiwa głową, mruczy pożegnanie i odwraca się, by odejść. – Zakładam, że zobaczymy się za kilka dni... żonko. – Zatrzymuje się, odwraca i posyła mi nieubawione spojrzenie.
– Nie nazywaj mnie tak. – Chichoczę i obserwuję, jak znika w swoim budynku. Cóż za pełne wrażeń czterdzieści dwie godziny.
Podskakuję rozbudzona, słysząc, jak mój alarm ćwierka na szafce nocnej obok mnie. Wyciągam rękę i po omacku szukam telefonu; wciąż z zamkniętymi oczami udaje mi się go znaleźć i włączyć drzemkę. Ach, cisza. Właśnie mam znowu zasnąć, kiedy przypominam sobie, że to mój pierwszy dzień w nowej pracy. Wyskakuję z łóżka z podekscytowaniem. Była za kwadrans ósma, a ja musiałam być na miejscu o dziewiątej. Zadowolona, że mam dość czasu, wlekę się do łazienki, by wziąć prysznic i się przygotować.
Szczotkując zęby, gapię się na swoje odbicie w lustrze. Przekrwione z braku snu oczy po weekendzie ostrego picia sprawiały, że wyglądałam jak coś rodem z „Nocy żywych trupów”. Po gorącym, parującym prysznicu i dwóch kubkach mocnej kawy czułam się trochę lepiej. Próbowałam przekonać samą siebie, że to trzepotanie w brzuchu to wcale nie nerwy. Dlaczego miałabym być zdenerwowana? Mogłabym wykonywać tę pracę z zamkniętymi oczami. Ugh, na samą myśl o pracy w moim żołądku znów eksplodują motyle.
Nakładałam tusz na rzęsy, kiedy drzwi od mojej sypialni otwierają się z hukiem, a do środka wpada Jo, ciągnąc za sobą Aimee. Podskakuję na tę nagłą inwazję i rozmazuję tusz na całej powiece, niszcząc cienie, na których blendowanie poświęciłam dobre dziesięć minut.
– Gdzie w siedmiu królestwach PIEKŁA ty byłaś?! – drze się Jo, wpatrując się we mnie z wybałuszonymi oczami, a jej włosy wciąż są potargane po śnie.
– Shayla, odchodziłyśmy od zmysłów! Myślałyśmy, że stało ci się coś strasznego! – gani mnie Aimee.
– Jezu Chryste, śmiertelnie mnie wystraszyłyście. I zniszczyłyście mi makijaż! – zrzędzę zirytowana, sięgając po patyczek kosmetyczny, żeby usunąć czarną plamę z powieki.
– Pieprz tusz! Gdzie ty kurwa byłaś przez cały weekend? Myślałyśmy, że przyprowadziłaś do mieszkania tego przystojniaka, z którym wyszłaś, ale wcale cię nie było – wyjaśnia Aimee, podchodząc, by usiąść na moim łóżku. – Potem pomyślałyśmy, że może pojechaliście do niego i że wrócisz w sobotę, ale wcale się nie zjawiłaś, a twój telefon był wyłączony.
– Czy ty w ogóle masz pojęcie, jak bardzo się bałyśmy, że leżysz w jakimś rowie twarzą w dół? – dodaje Jo, opierając ręce na biodrach, żeby podkreślić swoją frustrację.
– Powinnyście o tym pomyśleć, zanim pozwoliłyście mi wyjść z nieznajomym. O czym wy u diabła myślałyście, pozwalając mi odejść z jakimś przypadkowym typem?
– Wyglądaliście, jakbyście na siebie lecieli, a on był gorący, więc uznałyśmy, że poszliście na małe bzykanko – mówi Aimee ze wzruszeniem ramion i uśmieszkiem. – A tak przy okazji, jak poszło bzykanko? Musiało być nieźle, skoro nie wypuścił cię przez cały weekend.
– O mój Boże! – Biorę pędzel i rzucam w nią, ale robi zręczny unik i uśmiecha się szeroko, zadowolona z siebie. – Wiecie, dlaczego nie wróciłam w sobotę. Pozwólcie, że wam wyjaśnię: ponieważ byłam w Vegas.
– W Vegas? – mówią chórem, a ja potakuję. – Takim jak w Las Vegas...
– Tak! W Vegas, tak jak w Nevadzie, w Las Vegas! – Jo przenosi wzrok na Aimee, która gapi się na mnie z otwartą buzią. – Nie pamiętam absolutnie niczego. Byłam tak pijana, że jakimś cudem wylądowałam w prywatnym odrzutowcu lecącym do pieprzonych Stanów.
– Z tym kolesiem? – pyta Jo z oniemiałym wyrazem twarzy.
– Tak, z tym kolesiem – rzucam, wciągając koronkowy, czarny top. – Ale to jeszcze nie jest najgorsze, o nie, robi się coraz lepiej. Wzięliśmy ślub, którego udzielił nam Elvis. Tak legalnie.
Cisza.
Gapią się na mnie. – Ty... ty wzięłaś ślub? – bełkocze Jo, kręcąc głową. Kiwam głową i nakładam szminkę.
– Więc, chwileczkę, zobaczmy, czy dobrze zrozumiałam. Poznałaś w klubie przystojnego faceta, który zabrał cię swoim prywatnym odrzutowcem do Las Vegas i się z tobą ożenił? – Kiwam głową, a ona chichocze w odpowiedzi i drapie się w nos. – Powiedz, że chociaż poszłaś z nim do łóżka?
– Aimee! – wykrzykuję, wywracając oczami, i rzucam w nią butelką bazy pod makijaż; kobieta pada na łóżko i śmieje się do rozpuku.
– Shayla. Kim jest ten facet? – pyta Jo, a ja wzruszam ramionami. Biorę jego wizytówkę ze stołu i wręczam jej.
– Nie wiem, kim on jest. Znam tylko jego imię: Tristan Cole coś tam.
Jo gapi się na wizytówkę, a jej oczy stają się ogromne. – O, mój, Boże. Shayla... – wzdycha, patrząc na kartę w dłoni, po czym spogląda na mnie. – Tristan Cole Hoult! Za niego wyszłaś?
– Nie ma kurwa mowy! – ryczy Aimee, zrywając się na równe nogi, i wyrywa wizytówkę z ręki Jo. – Wiedziałam, że skądś go kojarzę! O mój boże. Shay, czy masz w ogóle pojęcie, kim jest ten facet?
Wzruszam ramionami i kręcę głową, wpatrując się w obie z rozbawieniem i dezorientacją. – Nie, a powinnam?
– Um, tak! – krzyczą obie naraz, aż podskakuję.
– Ty ze wszystkich ludzi na świecie powinnaś to wiedzieć, Shayla! Jest uznanym architektem i w dodatku miliarderem! Jest najseksowniejszym i najbardziej pożądanym dyrektorem generalnym w kraju. Spójrz, to on, prawda? – Pokazuje mi zdjęcie w telefonie, a ja potakuję.
Marszczę brwi i przenoszę wzrok z jednej na drugą. Głowa znów zaczyna mnie boleć. Właśnie dlatego wydawał mi się znajomy. Widziałam go w czasopismach. O kurde. – Tak, to on.
– O mój Boże, ty szczęściaro! – Aimee wskakuje na moje łóżko. – Nie tylko z nim spałaś, ale też wyszłaś za miliardera, Shayla! – Wywracam oczami i podnoszę marynarkę. – Nie mogę w to uwierzyć.
– Jezu. Nie dam rady z wami dwiema. Muszę iść do pracy. Nie chcę się spóźnić w swój pierwszy dzień.
– Nie idź. Jesteś teraz bogata – podśpiewuje Aimee, skacząc po moim łóżku i tańcząc.
– Aimee, złaź mi z mojego cholernego łóżka! Dopiero co je pościeliłam. – Łapię ją za nogę, pociągam, a ona traci równowagę i stacza się z materaca.
– Auć. Chyba złamałaś mi tyłek. – Dąsa się, delikatnie pocierając swoje pośladki.
– Muszę lecieć. I tak jestem już spóźniona. Pościel mi to cholerne łóżko. – mówię, rzucając w nią poduszką i wychodząc z sypialni.
– Tak jest, pani Hoult – woła Aimee i chichocze, gdy pokazuję jej środkowy palec, kierując się do drzwi wejściowych. Nie potrafię teraz nawet myśleć o tym całym fiasku z Colem. W głowie mam wielki zamęt i jestem prawie pewna, że wciąż jestem trochę wstawiona. Muszę skupić się na karierze, jeśli kiedykolwiek chcę zostać architektem. Obecnie ledwo pamiętam, jak przeliterować własne imię. Nigdy więcej nie piję.
Docieram do pracy na pięć minut przed czasem. Błagam, nie pytajcie mnie, jak szybko jechałam, żeby zdążyć, bo spodziewam się pocztą sporej dawki mandatów za przekroczenie prędkości.
– Shayla. – Obracam się na dźwięk swojego imienia i widzę dziewczynę, która witała mnie podczas mojej ostatniej wizyty. Myślę, że miała na imię Heather.
– Jestem Heather. Jeśli jesteś gotowa, najpierw cię oprowadzę, a potem przejrzymy harmonogram pana Houlta na dzisiejszy dzień.
– Tak, oczywiście. Brzmi super. – Idę za nią przez szklane drzwi. Przechodzimy przez biuro na otwartym planie z kilkoma fikuśnymi boksami, nowoczesnymi komputerami wyposażonymi w dwa monitory służące do tworzenia projektów.
– To jest twoje biurko, a gdzie znajduje się biuro pana Houlta, już wiesz. – Potakuję uśmiechając się; moje oczy chłoną biuro, podczas gdy ona wciąż i wciąż nawija na temat jego harmonogramu. – Jest bardzo pedantyczny i lubi, gdy pewne rzeczy są zrobione w określony sposób. Na przykład: pije czarną kawę z odtłuszczonym mlekiem na boku, musi czekać na jego biurku o za kwadrans ósma. Zawsze o ósmej rano religijnie zjada bajgla z sezamem, wędzonym łososiem i beztłuszczowym serkiem śmietankowym.
– Zrozumiałam.
– Znakomicie. Mała pomocna rada: on bardzo dużo pracuje, właściwie przez całą dobę. Więc często bywa zrzędliwy, bo jest zmęczony. Jeśli widzisz, jak rozluźnia krawat i rozciera skronie, oznacza to, że jest wściekły, więc omijaj go szerokim łukiem, chyba że cię wezwie. Jeśli to zrobi – nie odzywaj się. Odkryłam, że potakiwanie pomaga. Nie wchodź do jego biura bez pukania; poczekaj, aż gestem zaprosi cię do środka. Zrozumiano?
Zerkam na puste biuro i głośno przełykam ślinę. O rany, ten facet brzmi jak niezły przypadek. Praca dla niego z pewnością zapowiada się na jazdę bez trzymanki. Podążam za Heather z powrotem na otwartą przestrzeń biura. – No cóż, myślę, że złapałaś istotę tej pracy. Jestem pewna, że będziecie się świetnie dogadywać. Za chwilę powinien wyjść ze spotkania, a wtedy będziemy mogły pójść i was zapoznać – wyjaśnia Heather, gdy zmierzamy w stronę aneksu kuchennego, gdzie stoją ekspresy do kawy, lodówki wyładowane napojami oraz półki pełne przekąsek. Przynajmniej dbają o swoich pracowników.
Rozkoszowałam się swoją karmelową latte, obserwując ludzi, kiedy nadeszła radosna Heather. – Wyszedł ze spotkania. Chodźmy, zapoznamy was ze sobą. – Potakuję i idę za nią przez biuro w kierunku gabinetu dyrektora. Naprawdę dezorientowało mnie to, za każdym razem, gdy powtarzała słowo „zapoznamy”, jakbym nie poznała go na rozmowie kwalifikacyjnej. Może zapomniała.
Wchodzimy do biura, w którym odbyłam rozmowę ze srebrnym lisem. Mój wzrok przykuł obraz na ścianie. Właśnie go podziwiałam, gdy ledwie dosłyszałam, jak Heather wymawia moje nazwisko. – Panie Hoult, to jest pańska nowa asystentka, Shayla. – Odwracam się i patrzę na niego. Najpierw spotykają się nasze oczy. Pozwalam mojemu spojrzeniu powędrować wzdłuż jego ciała, a serce opada mi na samo dno żołądka.
– Ty.
– Ty? – Kręcę głową i spoglądam na Heather, a potem z powrotem na stojącego przede mną mężczyznę o wzroście grubo ponad metr osiemdziesiąt. – Nie. Nie, mój szef był starszym facetem, ty jesteś...
Cole powoli kiwa głową. – Musiałaś poznać mojego ojca. Tony'ego Houlta. Prowadził dla mnie rozmowy kwalifikacyjne, podczas gdy ja byłem w podróży służbowej.
Wpatruję się w Cole'a i przeklinam los, który wciąż ze mną pogrywa. – Więc jesteś moim szefem?
Cole potakuje i bawi się spinkami do mankietów, z mocno ściągniętymi brwiami. – Na to wygląda.
– Już się poznaliście...
– Heather, zostaw nas – rozkazuje, nie odrywając ode mnie wzroku, a Heather czym prędzej wybiega z gabinetu, zostawiając nas samych.
– To jakiś żart, prawda? Bo to nie może dziać się naprawdę – mamroczę, chodząc w tę i z powrotem. – To niemożliwe.
Cole pociera kark, patrząc, jak gorączkowo krążę po pokoju, mamrocząc do siebie nieskładnie niczym wariatka. – Shayla, może usiądziemy? – proponuje, na co ja kręcę głową.
– Nie. Nie potrafię usiąść – odpowiadam, sfrustrowana przeczesując palcami włosy. – Czuję się, jakbym utknęła w koszmarze, z którego nie mogę się obudzić. – Przestaję chodzić i patrzę na niego. – Czy ty mnie... śledzisz?
Śmieje się – i nie mam na myśli chichotu, mam na myśli głośny, szczery śmiech. – Śledzę cię? – pyta między wdechami, podczas gdy ja stoję i przyglądam mu się z obojętnością. – To ja powinienem cię o to zapytać, skarbie. To ty wciąż pojawiasz się wszędzie. To nie może być zbieg okoliczności.
Posyłam mu gniewne spojrzenie i z dość dużą siłą uderzam teczką, którą trzymam w dłoni, o jego biurko. – Słucham? Czy sugerujesz, że jestem jakąś psychopatyczną fanką czy kimś w tym rodzaju? – pytam, robiąc krok w jego stronę, a on przygląda mi się uważnie. – Jeśli dobrze pamiętam, to ty podszedłeś do mnie w klubie – mówię, dźgając go palcem w klatkę piersiową, na co on uśmiecha się łobuzersko i unosi brew. – I to również był twój pomysł, żebyśmy razem wyszli z klubu – dodaję, dźgając go ponownie, a jego uśmiech staje się jeszcze szerszy. – To ty mnie pocałowałeś, więc proszę, wyjaśnij, jakim cudem to ja wychodzę tutaj na stalkerkę? – kończę, kładąc dłonie na biodrach i wpatrując się w niego wyczekująco.
Cole oblizuje wargi i wzrusza ramionami. – Tylko żartowałem, ale miło widzieć, że masz też zadziorną stronę, skarbie. Uwielbiam tę cechę u żony. – Wzdycham i przewracam oczami. Zabiję tego chłopaka.
– Nie jestem twoją żoną – gderam z irytacją. – A skoro już o tym mowa; nie jestem też twoją asystentką. Zwalniam się. – Oświadczam mu i odwracam się, by wyjść, ale Cole łapie mnie za ramię i mnie powstrzymuje.
– Shayla, daj spokój. Tylko się z tobą droczę. Możemy się dogadać, chodź i usiądź na chwilę, proszę? – Wyrywam ramię z jego uścisku, podchodzę do biurka i siadam na jednym z kremowych krzeseł naprzeciwko. Cole podchodzi i staje przede mną, opierając się o biurko; krzyżuje ramiona na piersi i przygląda mi się z powagą. – Nie musisz się zwalniać. Oboje jesteśmy dorośli. Nadal możemy razem pracować.
– Jak? Jak niby mielibyśmy razem pracować po tym wszystkim, co się wydarzyło? Jesteśmy małżeństwem, pamiętasz? – Cole wzrusza ramionami.
– No i? Kto oprócz nas wie, że jesteśmy małżeństwem? Przesadzasz. Poza tym mój ojciec zatrudnił cię nie bez powodu, więc musisz być dobra w tym, co robisz. – Wzdycham ciężko i kręcę głową.
– Przesadzam? Wyszłam za mojego cholernego szefa. Z asystentki stałam się biurową puszczalską, która przespała się z dyrektorem generalnym. – Cole prostuje się, przestając opierać się o biurko, i przeczesuje palcami włosy.
– Shayla, za dużo o tym myślisz. Nikt się nie dowie, co między nami zaszło, obiecuję ci – zapewnia mnie. Wydaje się szczery, ale to dręczące uczucie w dołku brzucha sprawia, że czuję się nieswojo.
– W porządku – ustępuję z westchnieniem. Mrużę oczy. – Musiałeś pomyśleć, że jestem skończoną kretynką, skoro nie wiedziałam, kim jesteś. Dlaczego nic nie powiedziałeś?
– Nic takiego nie pomyślałem – uśmiecha się ciepło. – Jeśli już, to miło było być traktowanym jak normalny człowiek, a nie jak...
– Notoryczny miliarder-playboy? – kończę, a on chichocze cicho, opuszczając wzrok na swoje czarne, skórzane buty od Louboutina. – Moje wnętrze kryje nieco więcej, ale tak. Być może spodobało mi się to, że zdawałaś się nie przejmować faktem, że mam pieniądze.
– A dlaczego miałabym się przejmować? To, że masz pieniądze, nie czyni cię lepszym od nikogo innego. Kiedy się zatniesz, krwawisz na czerwono, tak jak reszta nas, zwykłych śmiertelników.
Nasze spojrzenia się krzyżują; wpatrujemy się w siebie przez dłuższą chwilę. Cole uśmiecha się i kręci głową, wyraźnie zadowolony z mojej odpowiedzi. Obchodzi biurko i siada na swoim fotelu. – Prawie pora lunchu. Poszłabyś ze mną na lunch?
– Na lunch? – przeciągam, a on potakuje, opierając się na oparciu fotela.
– Tak, możemy pójść do baru śniadaniowego. – Jęczę i wstaję. – Możemy podzielić się naleśnikami.
– Nienawidzę cię – rzucam i odwracam się, by ruszyć w stronę drzwi. Słyszę za sobą śmiech Cole'a.
– Hej, to, co dzieje się w Vegas...
– Zamknij się. – Wychodzę z jego gabinetu i spoglądam za siebie. Widzę, że patrzy na mnie z szerokim uśmiechem na twarzy, kręcąc głową. Dziewczyny wpadną w szał, kiedy o tym usłyszą.
Idę do łazienki i wybieram numer Aimee. Odbiera po dwóch sygnałach. – Cześć, co tam?
– Co tam? Pozwól, że ci powiem, co tam. Pamiętasz tego miliardera, za którego przypadkiem wyszłam?
– Tego gorącego miliardera, owszem.
– Cóż, ten „gorący miliarder” jest nie tylko moim drogim mężem... jest również moim nowym szefem – mówię jej i słyszę po drugiej stronie kaszel i krztuszenie się; najwyraźniej czymś się zadławiła. – Żyjesz?
– Nic mi nie jest. Wszystko gra. Jak to jest twoim szefem? – pyta, odchrząkując.
– Jest moim szefem. Mężczyzna, z którym miałam rozmowę o pracę, to jego ojciec... Tony Hoult. Jak mogłam tego nie połączyć, Aimes? Do kurwy nędzy. Jestem mądrą dziewczyną... przynajmniej tak mi się wydawało. Trzymałam w dłoni jego wizytówkę i nic mi nie zaświtało. Pewnie uważa mnie za pieprzoną idiotkę. Jezu, zapadnę się pod ziemię – mamroczę, zamykając klapę sedesu i siadając na niej.
– Dużo się wydarzyło w ciągu czterech dni. Mój umysł nie jest w stanie tego wszystkiego ogarnąć; nie wiem, jak ty dajesz sobie z tym radę tak spokojnie – mówi, próbując mnie pocieszyć.
– Spokojnie? Wariuję, Aimee. Nie mogę tu pracować. To zbyt niezręczne pracować z nim ramię w ramię dzień w dzień. Nie dam rady. Zwalniam się.
– Shayla, nie. Nie zapominaj; potrzebujesz tej pracy. Przypomnij sobie, jaka byłaś podekscytowana, że w końcu masz pracę w dziedzinie, która cię interesuje. Ta praca otworzy ci w przyszłości mnóstwo drzwi. Po prostu skup się na pracy, a obiecuję ci, że na koniec, kiedy będziesz zajebistą architektką, wszystko to będzie tego warte. – Kiwam głową i wzdycham. Miała rację. Choć sytuacja jest beznadziejna, muszę w niej wytrwać tak długo, jak to możliwe. – No i co z tego, że się z nim przespałaś, on spał z dziesiątkami dziewczyn. Wyraźnie się tym nie przejmuje, więc dlaczego ty miałabyś?
– Tak, masz rację. W końcu obiecał, że to, co się wydarzyło, zostanie między nami – mówię jej.
– No widzisz. Po prostu wyluzuj i ciesz się swoim pierwszym dniem, wszystko będzie dobrze. – Mam szczerą nadzieję, że miała rację, bo naprawdę niewiele więcej jestem w stanie znieść. Znając moje szczęście, na domiar złego okaże się jeszcze, że to mój zaginiony brat, czy coś w tym rodzaju. Wzdrygam się na samą myśl o tym.
Broń Boże.
– Tristanie, odbyliśmy już tę rozmowę. Mam dość twojego kobieciarstwa. Jeśli chcesz, żebym ja i twój dziadek traktowali cię poważnie i przekazali ci nasze udziały, musisz udowodnić, że jesteś wystarczająco odpowiedzialny, by zarządzać wielomilionową korporacją. Niedługo skończysz trzydzieści lat, nadszedł czas, byś się ustatkował. Pozwoliłem ci się bawić i wyszaleć, żebyś wyrzucił to z siebie, zanim się ustatkujesz. – Mój ojciec beszta mnie, krojąc swój stek filet mignon. – Hollie pochodzi z szanowanej rodziny, która od pokoleń należy do naszych najdroższych przyjaciół. To piękna, młoda dama i dzieli tę samą pasję do architektury, co ty. Czego więcej mógłbyś oczekiwać od partnerki życiowej? – dodaje, podnosząc zielone oczy, by na mnie spojrzeć.
Zaciskam i rozluźniam pięść pod stołem. Czuję, jak z każdą minutą narasta we mnie irytacja. – Cóż, na początek chciałbym, żeby moja przyszła żona mnie pociągała. Chcę też poślubić kogoś, kogo kocham, tato. W ogóle nie interesuje mnie Hollie. To nie mój typ i absolutnie nic nas nie łączy poza naszymi karierami. Dlaczego chcesz, żebym poślubił kogoś, kogo nawet nie kocham? – pytam, a on odkłada widelec i wyciera usta przed zabraniem głosu.
– Synu, miłość nie pojawia się z dnia na dzień. Musisz nad nią pracować, a ona rośnie w miarę poznawania drugiej osoby. Kochałeś Sophie i zobacz, jak to się skończyło. Zostawiła cię zdruzgotanego. Nie jesteś taki sam, odkąd złamała ci serce. – Czuję, jak moje wnętrzności się kurczą na wzmiankę o mojej byłej. – Nie chcę, byś znów cierpiał w ten sposób. Myślisz, że twoja matka i ja byliśmy w sobie zakochani, kiedy braliśmy ślub? Nie, nie byliśmy, ale pokochaliśmy się z czasem, a teraz nie wyobrażam sobie życia z kimkolwiek innym – wyjaśnia, patrząc na moją matkę, która uśmiecha się do niego z miłością i chwyta jego dłoń, gdy on ją do niej wyciąga.
– Tato, znam Hollie odkąd byliśmy dziećmi i nie wyobrażam sobie, żebym ją pokochał... kiedykolwiek – mówię mu z pełną powagą, ale on kręci głową i unosi ręce.
– Wystarczy, Tristanie. Powiedziałem swoje. Jeśli chcesz naszych udziałów, poślubisz Hollie zgodnie z planem, i klamka zapadła. Przygotowania już ruszyły – mówi i wraca do jedzenia. Spoglądam na matkę, która wzrusza ramionami i uśmiecha się do mnie przepraszająco. To niedorzeczne. Ta farsa z małżeństwem zaczęła się, kiedy u dziadka zdiagnozowano stwardnienie zanikowe boczne i dano mu mniej niż rok życia. Zgadnijcie, jakie było jego ostatnie życzenie? Zobaczyć, jak jego pierworodny, ulubiony wnuk bierze ślub przed jego śmiercią. Jego udziały nie przejdą na mnie, dopóki się nie ożenię, a jeśli tego nie zrobię, trafią do mojego idiotycznego kuzyna Harry'ego, który szybciej niż zdążę mrugnąć okiem zrujnuje firmę, na której budowę poświęciłem lata. W takich chwilach żałuję, że nie mam rodzeństwa. Mój tata chce wcześnie przejść na emeryturę, ale nie odda mi pełnej kontroli nad Cult Designs, dopóki nie wezmę ślubu.
– Przepraszam – mamroczę, rzucając serwetkę na stół i wstaję.
– Skarbie, nawet nie tknąłeś jedzenia – mówi matka, spoglądając na mnie. Kręcę głową i ze zmęczeniem pocieram kark.
– Nie jestem głodny – odpowiadam. – Spadam stąd; mam mnóstwo pracy do zrobienia przed jutrzejszą prezentacją.
– Hollie i jej rodzice przychodzą pojutrze na kolację. Oczekuję, że tu będziesz. Omówimy szczegóły waszych zaręczyn – oświadcza ojciec, gdy wychodzę z jadalni. Odprawiam ich machnięciem ręki, nawet nie obdarzając ich spojrzeniem, i wychodzę z domu.
Czuję się, jakbym się dusił. Wskakuję do mojego Audi R8 i z piskiem opon wyjeżdżam za bramę. Zapędzili mnie w kozi róg z tymi małżeńskimi bzdurami i nie widzę z tego żadnego wyjścia. Walczę z nimi od tygodni. Nie chcę utknąć w małżeństwie z dziewczyną, której nie kocham, a która nawet w najmniejszym stopniu mnie nie interesuje. Jest piękną dziewczyną, owszem. Jest inteligentna i utalentowana. Każdy inny facet oddałby prawą rękę, żeby poślubić taką dziewczynę, ale nie ja. Ona nie jest dla mnie. Jeśli zostanę zmuszony do poślubienia jej, wiem, że trudno będzie mi pozostać wiernym, a nie jestem facetem, który zdradza.
Po godzinie bezcelowej jazdy po okolicy ląduję w domu mojego najlepszego przyjaciela, Josha. Obecnie rozciągam się na jego kanapie, popijając piątą butelkę piwa i wpatrując się w jego zwykły, biały sufit.
– Jak ja się, kurwa, z tego wyplączę?
Josh wzdycha, opiera się o oparcie kanapy i pociąga łyk piwa. – Cóż, nie wyplączesz się. Będziesz musiał poślubić Hollie, bracie. Obaj wiemy, jak uparty jest twój tata. Nie odpuści tego.
Zamykam oczy i kiwam głową. Josh miał rację; mój tata nie odpuści. Zwłaszcza jeśli oznaczałoby to utratę firmy, nad którą tak ciężko pracował, na rzecz syna swojego szwagra. – Niech to szlag. Błagam, powiedz, że istnieje jakieś lepsze rozwiązanie, cokolwiek oprócz tego. – Marszczę brwi, czując, jak telefon wibruje w mojej kieszeni. Wyciągam go i widzę wiadomość od Shayli.
Otwieram wiadomość i czytam.
Shayla:
„Spóźnię się na jutrzejsze poranne spotkanie. Jakiś idiota ukradł wszystkie cztery opony z mojego samochodu”.
Siadam i marszczę brwi, i mimo złego nastroju zaczynam się śmiać. Ta dziewczyna ma najgorszego pecha na świecie. Odpisuję jej.
Ja:
„Ała. Przykro mi to słyszeć. Mogę wysłać kogoś w ciągu godziny, żeby wymienił ci te opony”.
Wysyłam wiadomość, a odpowiedź przychodzi natychmiast. Otwieram ją.
Shayla:
„Nie. W porządku. Załatwię to. Znajdę kogoś, kto zamontuje mi nowe jutro. Po prostu powiedz swojemu prawnikowi, że trochę się spóźnię”.
Uśmiecham się i kręcę głową. Jest tak uparta, że aż mnie to irytuje.
Ja:
„Zabiorę cię po drodze. Potem będziemy mogli pojechać razem do biura”.
Odkładam telefon i patrzę na Josha, który obserwuje mnie z uśmiechem na twarzy. – Co? – pytam ostrożnie, popijając piwo.
– Twój nastrój uległ drastycznej zmianie. Z kim piszesz? – pyta i zwija mi telefon ze stołu, gdy wibruje. – Z Shaylą? – Sięgam i próbuję odebrać telefon, ale on zabiera go poza mój zasięg. – Czekaj, czy to ta laska z klubu, z którą zniknąłeś? – Kiwam głową i wyrywam mu swój telefon.
– Tak, to ona – mówię i czytam jej wiadomość. Oczywiście, odmawia. Szybko odpisuję, że odbiorę ją o dziewiątej i że nie przyjmuję odmowy.
– Po co idziesz z nią do prawników? – pyta Josh, unosząc z ciekawością brew. Byłem zbyt rozproszony kłótnią z Shaylą przez SMS-y.
– Ee, żeby podpisać papiery rozwodowe – odpowiadam w zamyśleniu, wzruszając ramionami, a on kopie mnie w kolano. Posyłam mu gniewne spojrzenie.
– Rozwodowe? – Prostuje się i wpatruje we mnie z osłupieniem, a ja zdaję sobie sprawę, że właśnie wygadałem nasz sekret. – Kiedy ty, kurwa, się z nią ożeniłeś, żeby się rozwodzić?!
– Kiedy polecieliśmy do Vegas... – urywam, a jego oczy rozszerzają się, gdy czeka, aż będę kontynuował wyjaśnienia. Wzdycham. – To wszystko twoja wina. Zmusiłeś mnie do wyjścia i spiłeś w trupa. Kiedy wyszliśmy z klubu, wciąż piliśmy i wylądowaliśmy w moim prywatnym odrzutowcu, lecąc do Vegas, żeby wziąć ślub.
– Ożeż... ożeniłeś się? Tak legalnie wziąłeś ślub? – pyta Josh, wstając, po czym odrzuca głowę do tyłu i wybucha śmiechem, gdy potakuję.
– Tak, Josh. Jestem legalnie żonaty. I jakby tego było mało, pojawiła się w moim biurze jako moja nowa asystentka dyrektora. Mój tata zatrudnił ją, kiedy byłem w Paryżu. Powiedz mi, proszę, jakie są na to, kurwa, szanse? – Josh zakrywa usta dłonią i kręci głową.
– Szanse? Bracie, ta dziewczyna to albo jakaś psychopatyczna stalkerka i wszystko zaplanowała, albo los po prostu zrzucił ci na kolana pieprzoną okazję życia. – Obserwuję Josha, jak krąży po pokoju.
– Josh, ona nawet nie wiedziała, kim jestem. I próbowała się zwolnić, gdy tylko zobaczyła, że jestem jej szefem. Nie jest stalkerką i z pewnością tego nie zaplanowała – wyjaśniam, przeczesując palcami włosy.
– Cole, jesteś idiotą, stary? – Gromię go wzrokiem. – Nie zdajesz sobie sprawy, że wszystkie twoje modlitwy zostały wysłuchane? Cały ten problem z Hollie został rozwiązany. – Pochylam się do przodu, opieram łokcie na kolanach i przyglądam mu się uważnie.
– W jakim sensie?
– Jesteś żonaty, idioto! – krzyczy, wyrzucając ręce w powietrze. – Nie możesz poślubić Hollie, skoro masz już żonę. Zabierz Shaylę do dziadka, przedstaw ją jako swoją żonę, problem z głowy.
Och. Dlaczego o tym nie pomyślałem? Jestem żonaty.
Marszczę brwi. – Masz na myśli, żebyśmy zostali małżeństwem? – Josh kiwa głową, szeroko otwierając niebieskie oczy. – Nie zgodziłaby się, niby dlaczego miałaby chcieć pozostać w związku małżeńskim?
Josh rzuca we mnie poduszką. – Ponieważ jesteś Tristan Cole Hoult, oto dlaczego. Jesteś najbardziej rozchwytywanym kawalerem w kraju... oczywiście zaraz po mnie – mówi żartobliwie, a ja odrzucam mu poduszkę.
Zirytowany przewracam oczami. – Pierdol się, dupku. – Josh chwyta poduszkę i opiera na niej łokieć z szerokim uśmiechem. – Nic z tych rzeczy jej nie obchodzi. Nie jest taka jak reszta; moja sława i pieniądze wcale jej nie odstraszyły.
– Porządna laska. Po prostu powiedz jej prawdę, może odwołasz się do jej dobrej natury, zlituje się nad tobą i zgodzi się pomóc. Jeśli to się nie uda, zaoferuj jej wypłatę, parę baniek w zamian za bycie twoją przykrywką.
Z ciężkim westchnieniem przecieram twarz dłońmi. – To brzmi dość prymitywnie.
– Wolałbyś ożenić się z Hollie? – Kręcę głową i opadam z powrotem na kanapę.
– Kurwa, nie – rzucam z przekleństwem, patrząc na butelkę piwa w dłoni. – Przynajmniej z Shaylą jest zabawnie, o wiele bardziej wolałbym utknąć w małżeństwie z nią.
– Po prostu ją o to poproś – stwierdza, pociągając łyk piwa. – W najgorszym razie odmówi.
– Och, absolutnie odmówi. Jest zadziorna i cholernie uparta – mamroczę, w zamyśleniu stukając palcem w szyjkę butelki. Nie zaszkodzi zapytać. Tak jak powiedział Josh, może zrobi jej się mnie żal i mi pomoże. Może mógłbym dać jej podwyżkę? I wolałbym być żonaty z Shaylą niż z Hollie, z nią przynajmniej jest zabawnie. Przez cały dzień doprowadzała mnie do śmiechu.
– Zadziorna, co? – wtrąca Josh, z intrygą unosząc brwi. – Dobra w łóżku?
Przygryzam dolną wargę, przypominając sobie naszą namiętną noc. – Och, zdecydowanie – mruczę.
Wzdycham z ulgą. Nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo to zaaranżowane małżeństwo mi ciążyło.
Wychodzę od Josha i kieruję się do domu. Kolejnego dnia czekał mnie ważny dzień, a przed prezentacją musiałem wziąć się w garść.
Następnego ranka czekałem na Shaylę przed jej apartamentowcem. Czekałem od piętnastu minut, a ona wciąż nie zeszła. Kobiety. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego do wszystkiego szykują się przez cały rok. Trąbię niecierpliwie, akurat w momencie, gdy pcha drzwi i idzie w stronę samochodu. Kiedy się zbliża, oplatam ją wzrokiem. Ta obcisła, czarna ołówkowa spódnica i czerwona atłasowa bluzka, które ma na sobie, przylegają do niej we wszystkich właściwych miejscach. Jej ciemne loki kaskadami opadają na plecy w plażowych falach, zupełnie jak w noc, kiedy się poznaliśmy.
– Jezu, nie gorączkuj się tak. Obudzisz sąsiadów – gdera, wsiadając do samochodu. Nie jestem z tego dumny, ale mój wzrok od razu ucieka na jej spódnicę, która podczas siadania podwija się do połowy uda, i łapię się na tym, że taksuję jej zgrabne nogi. Mam nagły przebłysk naszej wspólnej nocy w Vegas, tych nóg owijających się wokół mnie, kiedy wciągała mnie w siebie coraz głębiej.
– Cole.
Mrugam, wyrywając się z zamyślenia, i patrzę na nią przez okulary przeciwsłoneczne. – Hm?
Spogląda na mnie marszcząc brwi: – Jedziemy, czy tylko będziemy tu siedzieć? Przed chwilą tak mnie ponaglałeś?
– Tak, już jedziemy – mówię, włączając się do ruchu. – Jak się masz? Udało ci się załatwić opony?
Shayla rzuca mi spojrzenie i wzrusza ramionami: – Tak. Ktoś przyjedzie zamontować nowe później, wieczorem – wyjaśnia, a ja kiwam głową. – Dziękuję, że zaoferowałeś pomoc. Byłam w paskudnym nastroju. Mam nadzieję, że nie zabrzmiałam niegrzecznie. – Spogląda na mnie, a ja kręcę głową.
– Skądże – zbywam jej przeprosiny. – Szczerze mówiąc, też by mnie wkurzyło, gdyby ktoś ukradł mi wszystkie opony z samochodu. Zgłosiłaś to? – Shayla kręci głową, a ja marszczę brwi: – Dlaczego nie?
Wzdycha, wyglądając przez okno: – A po co? To raczej nie jest przestępstwo roku, prawda? Owszem, jest to niewygodne, ale myślę, że policja ma znacznie ważniejsze sprawy, które wymagają ich uwagi, niż moje skradzione opony. – Uśmiecham się i kręcę głową.
– To jedno z podejść do sprawy.
Shayla wzdycha, odgarniając włosy ze swojej ślicznej twarzy: – W tej chwili nic nie układa się po mojej myśli, to naprawdę dziwne.
Uśmiecham się i zerkam na nią, po czym znów patrzę na drogę. – Och, skąd ja to znam. Ale zawsze powinnaś starać się myśleć pozytywnie, bo nigdy nie wiadomo, kiedy twoje szczęście może się odmienić. – Shayla patrzy na mnie przelotnie i kiwa głową. – Może to nastąpić szybciej, niż myślisz.
– Szczerze w to wątpię – mówi głosem o ton głośniejszym od szeptu. Przez resztę dwudziestopięciominutowej podróży do biura prawnika analizowaliśmy mój harmonogram pracy.
– Pańskie spotkanie z wpół do trzeciej zostało przesunięte o piętnaście minut. Lot pana Cohena z Belgii się opóźnił; jego kierowca napisał mi wcześniej e-maila. – Potakuję, gdy wchodzimy do biura, a Franc – nasz prawnik – wita nas.
– Dzień dobry, panie Hoult, pani Hoult. – Obserwuję reakcję Shayli, kiedy Franc zwraca się do niej po nazwisku męża. Uśmiecha się sztucznie, ściska jego wyciągniętą dłoń i siada przy stole. – Dobrze, panie Hoult, przygotowałem dokumenty rozwodowe. Potrzebuję tylko państwa podpisów i będę mógł zacząć procesować sprawę. – Shayla kiwa głową, podnosi długopis i składa podpis na dokumentach. Wyciąga długopis do mnie, a ja go biorę i wpatruję się w leżące przede mną papiery.
– Cole? – Podnoszę wzrok i patrzę na Shaylę. – Podpisz te papiery.
– Francu, zostawisz nas na chwilę, proszę? – Shayla patrzy, jak prawnik wstaje i opuszcza gabinet, po czym znów spogląda na mnie.
– Co się stało? – pyta, przyglądając mi się z rezerwą.
– Shayla. Mam dla ciebie propozycję.
Jej mars niepokoju się pogłębia: – Propozycję?
Powoli potakuję, wytrzymując jej spojrzenie: – Tak, propozycję.
– Okej...
– A gdybyśmy tak nie brali rozwodu? – sugeruję, a ona wpatruje się we mnie bez wyrazu, po czym nagle wybucha śmiechem.
– Bardzo zabawne, Cole. Przestań robić sobie żarty i podpisz te papiery, żebyśmy mogli stąd wyjść. – Kiedy nie robię żadnego ruchu, by podpisać dokumenty, jej uśmiech powoli gaśnie. – Ty nie... czekaj, mówisz poważnie?!
– Bardzo.
– Bardzo? Bardzo co, Cole? Umówiliśmy się na rozwód. O czym ty w ogóle mówisz? – wykrzykuje, wstając z krzesła.
Wzdycham, odkładam długopis i patrzę na nią, gdy ta posyła mi mordercze spojrzenia. – Sugeruję tylko, żebyśmy pozostali małżeństwem jeszcze przez jakiś czas.
Shayla przestaje krążyć i spogląda na mnie z gniewem. – A ja sugeruję, żebyśmy się rozwiedli – w tej chwili.
– Shayla, po prostu mnie przez chwilę wysłuchaj. Utknąłem w sytuacji bez wyjścia i potrzebuję twojej pomocy – wyjaśniam, a jej spojrzenie nieco łagodnieje. – Mój tata zmusza mnie do poślubienia kogoś, kogo nie kocham, w zamian za swoje i dziadka udziały w firmie. – Wzdycham i wstaję. – Mój dziadek jest śmiertelnie chory i nie zostało mu wiele życia. Jego ostatnim życzeniem jest zobaczyć na ślubnym kobiercu swojego pierworodnego wnuka przed swoją śmiercią. Jeśli tego nie zrobię, odda swoje udziały mojemu kuzynowi Harry'emu, który jest absolutnym bezmózgiem i spierdoli wszystko, na co tak ciężko pracowałem w firmie.
Shayla kręci głową. – Cole, oszalałeś? Mówisz o okłamywaniu swojej rodziny. Umierającego człowieka. Absolutnie nie.
– Nie mogę poślubić Hollie. Po prostu nie jest typem dziewczyny, z którą widzę swoją przyszłość. Nie jest dla mnie – wyjaśniam, a ona wzrusza ramionami z obojętnością.
– Czym to się różni od tego, co zrobiliśmy? My też nie bardzo się dogadujemy. Po prostu weź z nią ślub, dostaniesz udziały, a potem się rozwiedziesz. – Wzdycham i sfrustrowany kręcę głową.
– Shayla, nie rozumiesz. Ta dziewczyna ma na moim punkcie obsesję, odkąd mieliśmy dziesięć lat. Myślisz, że da mi rozwód po tym, jak całymi latami czekała, żeby mnie usidlić? Nie ma kurwa szans.
– Cole, słyszysz o co mnie prosisz? Prosisz mnie, żebym pozostała twoją żoną, żebym kłamała i intrygowała. Nawet cię nie znam – oświadcza, znowu zaczynając nerwowo chodzić. Chwytam ją za ramię i przyciągam do siebie.
– Zapłacę ci – wypalam.
Zielone oczy Shayli się rozszerzają, i gdyby spojrzenie mogło zabijać, leżałbym teraz dwa metry pod ziemią. – Słucham? – cedzi przez zęby z wyraźną wściekłością w głosie. – Jeśli myślisz, że skoro się z tobą przespałam, to teraz jestem ci coś winna, to grubo się mylisz. Pieprz się i pieprz swoją pracę, ty arogancka świnio – syczy gniewnie i wyrywa ramię z mojego uścisku.
– Nie! Chryste, Shayla, to nie tak. Potraktuj to jako układ biznesowy. Podaj swoją cenę; pieniądze nie grają roli. – Shayla cofa się z wyrazem oburzenia na twarzy. W jej oczach migocze błysk bólu, po czym znów zostaje zastąpiony przez gniew.
– Za kogo ty się, do cholery, uważasz?! Przykro mi, że cię rozczarowuję, panie Hoult, ale nie jestem na sprzedaż! Twoje pieniądze mogą załatwić ci wiele rzeczy, ale nie mnie. – Próbuje mnie wyminąć, ale blokuję jej drogę. – Zejdź mi z drogi – pluje z furią.
– Jezu, Shayla, proszę cię, tylko mnie wysłuchaj. Nie próbuję cię kupić, a zranienie cię jest ostatnią rzeczą, jakiej bym pragnął – wyjaśniam i wzdycham z przygnębieniem. – Nie prosiłbym cię, gdybym nie był zdesperowany. Jesteś moją jedyną szansą na ucieczkę od tego zaaranżowanego małżeństwa – mówię błagalnym tonem, a ona oblizuje wargi i wściekła przeczesuje palcami włosy. – Wiem, że potrzebujesz pieniędzy. Masz zaległe zadłużenie na kredytach studenckich. – Odwraca się i patrzy na mnie gniewnie. – Wyszło to podczas sprawdzania twojej przeszłości. Mogłabyś to spłacić i dokończyć studia. Pozwól sobie pomóc.
– Nie chcę twojej pomocy! Na świecie są miliony dziewczyn, które wyszłyby za ciebie bez mrugnięcia okiem, idź sobie wybierz jedną z nich – mówi, chwytając swoją marynarkę i torebkę.
– Nie chcę ich. – Shayla przewraca oczami i próbuje się przecisnąć, żeby wyjść, ale ją zatrzymuję. – Chcę ciebie. – Powoli podnosi wzrok i nasze spojrzenia się spotykają.
– Tristan? – Oboje odskakujemy od siebie, gdy słyszę swoje imię. Odwracam się i widzę stojącego tam ojca. Kurwa.
– Tato?
– Co tu się dzieje? – pyta, spoglądając sceptycznie to na mnie, to na Shaylę. – Skąd te krzyki? – Shayla patrzy na mnie i poprawia spódnicę. – Co wy oboje tu robicie? – Spoglądam na Shaylę i sam nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale obejmuję ją ramieniem w talii i przyciągam do siebie.
– Tato, chciałbym, żebyś oficjalnie poznał moją żonę... Shaylę.